7. Nocny Wrocław Półmaraton [99]

15 czerwiec 2019, 21,097 km

Add News Story here

XII Półmaraton Kietrz-Rohov [98]

8 czerwiec 2019, 21,097 km

Add News Story here

9. Maraton Opolski [97]

11 maj 2019, 21,097 km

Add News Story here

Prague International Marathon [96]

5 maj 2019, 42,195 km

Add News Story here

Sportisimo Prague HalfMarathon [95]

6 kwiecień 2019

Add News Story here

12. Panas Półmaraton Ślężański [94]

Add Date here

Add News Story here

6. Dziesiątka WROACTIV [93]

Add Date here

Add News Story here

Gensan 2019 [92]

Add Date here

Add News Story here

XXIV Bieg Skalnika, Gracze [91]

17 listopad 2018, 14 km, bez atestu

Czasem ciężko ogarnąć w jaki sposób Waldek godzi żywioły i otrzymuje taki smaczny pasztet mieląc składniki, które zdawałoby się nie mają prawa znaleźć się w jednym naczyniu. Dotykanie i muskanie materii utkanej przez elitę światowego biegania zdaje się wysoce zajmuje jego biegową jaźń, co nie przeszkadza mu okutać się skromnym, przaśnym worem na ziemniaki z jedną, biedną, ostatnią, zapominaną bulwą. Mówimy o przekornym kontraście, który pozwala bywać na salonach, a chwilę później chłeptać wodę z miski dla psa.

Gracze.

Niewiele osób wie co to takiego. I nie chodzi o mianownik liczby pojedynczej słowa 'gracz'. To dziura pod Niemodlinem, której jedynym odstępstwem od szarej nicości jest kopalnia bazaltu. Jest też bieg, około 14 kilometrów, około, przecież nikt tego nie mierzy na poważnie. Od 24 lat to samo, ta sama pętla, przez kilka podobnych dziur, tylko mniejszych. Radoszowice, Tarnica, Rogi, Góra. Metropolie, okolice Nowego Jorku... Na całej trasie do 20 osób w porywach, którzy nie biegają. Reszta do chów wsobny biegaczy, którzy raz na rok w listopadzie podwyższają populację Graczy o 200-300 osób. Na mecie zamiast medalu wypadałoby na głowę każdego biegacza rzucić garść bazaltowego pyłu i tabletkę antydepresanta.  

Ale... co ciągnie tych skazańców z powrotem do celi?

I dopiero teraz czytelnik powinien zrozumieć o co chodzi. A chodzi o bieganie! W tym roku odbył się 24. bieg i pewnie odbędzie się jeszcze wiele Biegów Skalnika. Albowiem nie jest sztuką wystąpić na wypasionym, światowym evencie biegowym z dywanami, miliardem kibiców, znajomych, piesków i wnuczków. Łatwo jest się ogrzać w biegowym misterium licząc mniej więcej ileż to pieniędzy włożono w to, by kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt osób mogło sobie pohasać przybijając piątki strzelając sobie więcej, niż trzeba zdjęć drogim telefonem.

Takie miejsca jak Gracze są po to, po co te światowe dyrdymały dla czołówki biegaczy. Żeby przyjechać, pobiec możliwie najszybciej i szybko po biegu odjechać. Po prostu. Nic mniej, nic więcej. A to, że w tym właśnie biegu uczestniczy koło dwudziestki młodych ludzi z Monaru, to wartość dodana, która jest esencją powrotu do domu z nikąd. Jeżeli w takim biegu można znaleźć siłę, której w pewnej chwili zabrakło, to wartość Biegu Skalnika nie mierzy się czasami, życiowkami i miejscami, tylko osobami. I dla tych osób organizatorzy nie ustaną, chociaż żadne porównanie nie wytrzymałoby ze śmiechu, gdyby miało na sobie umieścić bieg w Graczach i powiedzmy w Atenach. 

Waldek też nie ustanie.

 

Waldek- 1:05:39/1:05:50   

XX Maratona di Ravenna Citta d'Arte [90]

11 listopd 2018, 42,195 km i 21,097 km

Po trzech kanonicznych raweńskich maratonach w ekskluzywnym towarzystwie swoich dwóch osób Gabrysia i Waldek po raz czwarty podnieśli rękawicę i stoczyli swoje pojedynki po raz czwarty. Tym razem trudy podroży nie kuksały błękitnego nieba skrzydłami różowego aeroplanu, tylko rozkładały się na autostradowe kilometry połykane łapczywie przez silnik automobilu. Ponadto skład osobowy wzrósł do czterech osób. Czyli miejsce to samo, okoliczności w zasadzie też, ale poza tym wszystko już inne. Do składu dołączył Piotrek, znany biegacz średnio- i długodystansowy z Opole Running Team. Nie można jednoznacznie powiedzieć ilu członków ma Opole Running Team, gdyż nie jest to sprecyzowane, ale w Rawennie były cztery. Czwartą była Ania, nie taki już świeży adept, w Rawennie odpowiedzialna za dystans 10,5 km. O walorach miasta i specyfice biegów uważny czytelnik tej kroniki wie już to, co powinien, zatem to jest miejsce i właściwa chwila by opisać emocje i wszystko to, czego nie można sfotografować. Oczywiście, że odbiór w czwórkę jest inny, niż we dwójkę, ale przez to bardziej rozwojowy. Gabrysia z Waldkiem tym razem nie kultywowali swojej wewnętrznej tradycji, raczej starali się stworzyć nowe standardy. Dzięki temu drobnemu zabiegowi do słodyczy została dodana jeszcze jedna ingrediencja, czyli rodzaj luzu złamanego lekko pikantną nutką. Po prostu był to wesoły i dalece pozytywny biegowy weekend. Idealnie komponował się z dwudziestym już, jubileuszowym maratonem. Idealnie, bo Włochom udaje się organizować imprezy biegowe, bardzo kompetentne, ale wyzbyte sztucznego napięcia. Oczywiście słynne mozaikowe medale zostały już dużo wcześniej pokazane, w związku z tym uczestnicy wiedzieli po co się męczą i ścigają z GPS-em. Waldek z Piotrkiem założyli sobie maraton, Gabrysia tradycyjnie półmaraton, Ania, jak wiemy, 10,5 km. Wszyscy wystartowali i wpadli na metę, za co otrzymali swoje własne jubilerskie cuda. Trasa od 3 lat niezmienna. 10,5- km jedno giro. Półmaraton- jedno giro i wycieczka do Classe. Maraton- jedno giro, Classe i asfaltowa wycieczka nad morze i z powrotem. Uczestników na wszystkich dystansach plus bieg rodzinny/psy itd. piętnaście tysięcy. Przy okazji mistrzostwa Włoch w maratonie. Na starcie ścisk, za to wymarzona maratońska pogoda, do 17 stopni, bez wiatru, słońce co jakiś czas wychodziło zza małych chmur. Nie można było puścić takiej okazji. Waldek o około pół minuty pobił swój rekord życiowy z 2016 roku wydawałoby się wieczny. Rekord trasy także padł w takich okolicznościach. Fantastyczny weekend biegowy i tylko czekać jak w roku 2019 rozpoczną się manewry p.t.: Co?! Piąty raz? 

Gabrysia- 2:55:05/2:58:58

Waldek- 3:34:53/3:36:26

5. Wzgórzowa Trzynastka, Chrząszczyce [89]

20 październik 2018, 13 km, bez atestu

Pierwsza Wzgórzowa Trzynastka w 2014 roku wytyczona po winowskim poligonie była pierwszym prawdziwym biegiem w jego pierwszym biegowym roku powyżej 10 kilometrów. W 2015 roku infekcja zablokowała uczestnictwo. W dwóch kolejnych latach konflikt terminowy z krakowskim półmaratonem także wykluczył Waldka z udziału. I oto w 2018 roku terminy się rozstąpiły. 

Pierwszy chłodny weekend po przesadnie upalnych lecie i jesieni spowodował pierwszy zgrzyt w dziedzinie garderoby. Jak często bywa gorączkowe narzucanie kolejnych warstw jest odwrotnie proporcjonalne do wyniku... ale najgorsze stało się podczas biegu. Otóż Waldek przez te lata pielęgnował w pamięci obraz trasy, jako miłej przebieżki po lesie i małych wertepach, tylko na końcu okraszonych kilkoma podbiegami, tam gdzie panowie na motorach starają się owe maszyny zmusić do maksymalnego wysiłku. I zaopatrzony w taki portret pamięciowy zaczął Waldek bieg tempem grubo poniżej 5,00. Po jakichś 5 kilometrach było wiadomo, że nadmiar ubrania na sobie nie jest w stanie przykryć niewygodnej prawdy, iż nasz admin jest skończony i dalej będzie biegł już tylko żeby skończyć. Ilość wbiegów, zbiegów i luźnego piachu przekroczył znacznie wspomnienia i wykroczył odważnie jak duch z ciała. Po prostu Wzgórzowa Trzynastka AD 2018 to fantastyczny, trudny bieg crossowy. Nawet jeżeli ktoś, jak Waldek, poleciał początek za szybko, to i tak zabawa była przednia, chociaż na metę wpadł na ostatnich nogach.

Waldek- 1:09:58/1:10:02

19. PKO Poznań Maraton [88]

14 październik 2018, 42,195 km

Ciężkie zadanie stanęło przed Poznaniem w tym roku. To przez niego Waldek nie pojechał czwarty z rzędu raz na wrocławski maraton, dzięki czemu maraton w Rawennie pewnie dostanie ten tytuł. Poza tym w ramach poznańskiego biegu rozgrywane są krajowe mistrzostwa lekarzy. Jeżeli dodać do tego wcale niezły BPS i w ogóle tegoroczną reaktywację dobrych wyników po chwilowej zapaści jakościowej w 2017 roku, to apetyty zostały rozbudzone. Rozbudzone do tego stopnia, że podium w mistrzostwach lekarzy było poważnie rozważane na odprawach i zgrupowaniach przedstartowych.

No cóż...

Życie jest przewrotnym graczem i lubi się podroczyć. Oczywiście słynni na całą Polskę kibice poznańscy są lepsi, niż gdzie indziej, ale nieznacznie. Ten fakt nie wpłynął na nic istotnego. Trasa nieprzesadnie ciekawa, asfaltowa, równa, raczej bez kostki. Niestety zawierała w sobie długie asfaltowe proste z wykorzystaniem obwodnic i głównych arterii komunikacyjnych miasta. Takie warunki nie są przyjacielem maratończyka. Trochę lepiej było przy wylocie do Wildy oraz w okolicy Malty. Ostatnie kilka kilometrów to szerokaśna ulica Bułgarska ze stadionem Lecha i powrót Bukowską. I właśnie na ostatnich kilometrach posypał się domek z kart mający utrzymać puchar. Po pierwsze pogoda jak na połowę października nie była październikowa, tylko lipcowa: 13 stopni o 9 rano, potem już tylko gorzej. Waldek, niepomny zupełnie zasad, zaczął bardzo mocno i w okolicach dziesiątego kilometra zaczął cmokać, jakiż to piękny wynik będzie za ok. 32 kilometry. Potem było już tylko cieplej, bardziej uciążliwie asfaltowo-drogowo. Żeby było ciekawiej w okolicy Malty, czyli ok. 25-26 km kawał żelu wpadł nie do końca tam, gdzie wypada i przez następne dwa kilometry kolorowy peleton zawierał jednego kaszlącego i prychającego gościa. Jak tylko udało się oczyścić drogi oddechowe i przywrócić normalny, pełny oddech powoli zaczęła się zbliżać ta chwila, gdy Waldek zwykle na końcu przyspiesza. No... nie tym razem. Od 35. czy 36. kilometra raczej zwalniał, niż przyspieszał. I tak już było do końca. Srogi zawód w postaci słabszego czasu spotęgował się jeszcze miejscem wśród lekarzy w pierwszej szóstce w kategorii wiekowej. Ale żeby nie było, wynik mieści się w grupie sytych i tak, czy inaczej jest się czym chwalić (chociaż bez pucharu). Po przyjęciu medalu za ukończenie biegu i zgarnięciu kolejnego dla lekarzy, zakończył się maratoński weekend w Poznaniu. Porządny, kompetentny ale... ale bez ducha.

Waldek- 3:40:44/3:42:37

Mattoni Usti n. Labem Halfmarathon [87]

15 wrzesień 2018, 21.097 km

Add News Story here

Birell Prague Grand Prix 2018 [86]

8 wrzesień 2018, 10 km

Add News Story here

19. Toyota Półmaraton Wałbrzych [85]

19 sierpień 2018, 21,097 km

Profesjonalne zawody nr 85 w błyskotliwej karierze DCO święciły się w Wałbrzychu. Miasto nienachalnej urody i fatalnej opinii przywitało rekordową ilość uczestników (planowane 3400, ostatecznie ukończyło 2626 śmiałków) jednakże nachalną aurą pod znakiem ponad 25 stopni i otwartego słońca. No cóż, nie były to wymarzone warunki do biegania trudnego półmaratonu, ale Waldek, jako jedyny reprezentant DCO starał się widzieć jeno plusy. Historia potyczek Waldka z tym biegiem sięgają lat 2015 i 2016 z przerwą w 2017 roku. Jak się okazało rok 2017 był niezwykle istotny, albowiem wtedy właśnie zmieniono 3 kółka z dwoma istotnymi podbiegami, na 2 z jednym tym samym po 1. kilometrze i drugim dłuższym, i bardziej upierdliwym po około 5. kilometrze. Waldek, nieprzywykły do czytania instrukcji obsługi, wyskoczył na trasę ochoczo. Będąc w czwartym tygodniu BPS pod październikowy poznański maraton, to wszakże plan początkowy zakładał zmieszczenie się w spokojnym 1:45 bez wstydu. Hmm, pomarzyć fajna rzecz. Tak więc Waldek pognał tempem pod 5:00, minął pierwszy podbieg i już na około czwartym kilometrze trasa zaczynała się rozjeżdżać z wizualizacją, którą miał w pamięci. Pojawił się wyjątkowo parszywy dłuższy podbieg prowadzący po obwodnicy. A można sobie było poczytać o nowej trasie. Żar lał się z nieba, a po odbiciu się od asfaltu uderzał od dołu. Również wynik zaczął się rozjeżdżać z planowanym. Ostatecznie po dwóch kółkach okazało się, że wynik netto wyniósł 1:49:02. No cóż, słabo, nawet bardzo słabo. W toku następowej multimodalnej analizy wyszło kilka spraw, Mianowicie... Chyba się Waldek aż tak strasznie nie starał skoro tętno nie skoczyło wyżej, niż 138, podczas gdy w normalnych warunkach fruwało pod 150. Wyniki czołówki nie były imponujące, na 2626 finiszerów, był 470. W mistrzostwach służby zdrowia siedemnasty. Chyba więc wszyscy się trochę pomęczyli.

Wnioski z tego płyną takie, że półmaraton w Wałbrzychu to stosunkowo trudny bieg rozgrywany w takiej porze roku, która grozi pogodą odstraszającą przed bieganiem. Ale sam bieg jest naprawdę fajny i chociaż samo miasto jest okrutnie smutne i ponure, to spośród polskich miast goszczących biegaczy, to właśnie w Wałbrzychu kibice dopisują i nie ma wrażenia, że mieszkańcom takie zawody szczególnie przeszkadzają.

Waldek- 1:49:02/1:50:20

Mattoni Olomouc Halfmarathon 2018 [84]

23 czerwiec 2018, 21.097 km

Add News Story here

6. PKO Nocny Wrocław Półmaraton [83]

16 czerwiec 2018, 21.097 km

Kolejny, bo już trzeci, cykliczny bieg, w którym uczestniczył DCO po raz czwarty odbył się w nocy z soboty na niedzielę 16/17 czerwca 2018 we Wrocławiu. Pierwszym było Wroactiv, też we Wrocławiu, drugim praski Sportisimo Półmaraton RunCzech. Podobnie jak w roku ubiegłym Waldek z ramienia DCO oraz Piotrek zameldowali się w dużym, szczelnym akwarium na terenie AWF pełniącym funkcje EXPO, szatni i biura zawodów. Dla niepoznaki nazwane ono zostało halą wielofunkcyjną, chociaż najważniejszą jej funkcją była funkcja sauny. Na początek tyle o pogodzie, będzie o niej jeszcze za chwilę. Po szybkim załatwieniu formalności klasyczny męski, półmaratoński, one-day-party duet udał się do przebieralni, po czym wyszedł na zewnątrz w celu wykonania rozgrzewki. Na około godzinę przed biegiem upał już dał za wygraną, temperatura podniosła tabliczkę z numerem 21, powietrze miejscami głaskało lekko chłodnawym dotykiem. Trasa pozostała tak sama jak w latach poprzednich. Waldek z Piotrkiem ustawili się w strefie Piotrka i cierpliwie czekali, aż wszyscy celebryci zostaną wymienieni z imienia i nazwiska, aż miliard oficjeli zabierze głos i powie kilka słów. W końcu zawody ruszyły. Niestety, jak w latach poprzednich zastosowano tą wrocławską koszmarną koncepcję puszczania poszczególnych stref czasowych w kilkuminutowych odstępach. Niezrozumiała jest ta idea. Nie wnosi w zasadzie niczego do bezpieczeństwa, czy atrakcyjności biegu, za to powoduje, że liczenie sobie czasu brutto jest obarczone wielominutowym błędem i praktycznie przestaje mieć sens. Sam bieg przebiegł (sic!) bez większych problemów. Waldek miał plan spokojnego przebiegnięcia w tempie zbliżonym do 5:00, tak by w kolejna sobotę powalczyć o wynik w Olomoucu, a wynik 1:45 jest pewną nieprzekraczalną granicą. Piotrek też sobie ustalił swój plan. Jak się okazało każdy z nich obciął ze dwie minuty od swojego planu, albowiem była to noc bardzo przyjazna bieganiu. Temperatura z każdą chwilą spadała i robiło się coraz mniej parno. A na 14. kilometrze biegnących w trudzie i znoju zaszczycił swoją obecnością Filip, co z pewnością było motywującym elementem. Krótko po pobiegowych serwisach i ablucjach Waldek z Piotrkiem załadowali się do samochodu i skierowali się na wschód, tak by już o trzeciej zero zero w nocy spokojnie usnąć każdy w swojej kwaterze głównej. Kilka słów mniej słodkich: wrocławska wariacja startu poszczególnych stref zupełnie nie z tego świata, a estetyka disco, która w tym roku została narzucona nie każdemu się musi podobać i nie podobała się. Reszta OK. Poziom organizacji europejski, tylko wszystko jakieś takie poważne, napięte, napuszone, bez grama humoru. A przecież to było DISCO!!!

Mattoni Ceske Budejovice HalfMarathon [82]

2 czerwiec 2018, 21.097 km

Drugi start w Budziejowicach zatwierdził już tylko nieoficjalną opinię na temat tego biegu, oceniającą jego trasę jako subiektywnie najsłabszą. Miasto pozbawione walorów turystycznych, z biegiem, który odwiedza jedną jego dużą arterię, średniej wartości poznawczej teren nadrzeczny, czy w końcu dwupasmową drogę dojazdową do centrum i okolice magazynowo-mostowo-niewiadomojakie, nie może stawać w szrankach z wielką Pragą, industrialnym Usti, bajkowymi Karlowymi Warami, czy pastelowym pałacowo-parkowym Ołomuńcem. Ale jeden fakt jest niezaprzeczalny: to piekielnie szybka trasa. Jeżeli akurat typowa dla tej części roku wysoka temperatura i pomimo późnej pory (19.00) duchota nie przeszkadza zbyt, to osiągnąć można bardzo dobre wyniki. Tak się też stało w tym roku. Około godzinę po wielkiej ulewie został wystartowany bieg główny. Początkowo Waldek biegł z jako takim zapasem przed balonikami 1:40. Około 4-5 kilometra został wyprzedzony, po czym do około 15. kilometra utrzymywał z nimi kontakt wzrokowy. Potem korzystając z równego rytmu wyprzedził je i stale nieznacznie podwyższając tempo dobiegł do mety. Chociaż przed biegiem ogólne wrażenia na temat swojej formy dnia miał słabe, to osiągnął czwarty czas w półmaratonie w historii! Chociaż DCO nie planuje już dobrowolnych powrotów do Budziejowic, to jednak zostaną one zapamiętane jako bardzo dobre miejsca do biegania, chociaż niespecjalnie urodziwe.

Waldek- 1:37:52/1:38:12

dm Rodinny Beh Ceske Budejovice 2018 [81]

2 czerwiec 2018, 3 km, bez atestu

Towarzyszące biegi w serii RunCzech Series bynajmniej nie są traktowane jak nieładna kuzynka na przyjęciu komunijnym, zepchnięta pod ścianę w róg między fikusem i telewizorem. To oddzielne wydarzenia, w których biegnie nieznacznie mniej biegaczy, niż w zawodach głównych. Miejsce startu to samo, dywan ten sam, oprawa medialna takoż. Nawet trasa zawiera w sobie początek i koniec zasadniczego dystansu. W Czeskich Budziejowicach funkcjonowało to wszystko na podanych powyżej zasadach. Gabrysia z Marcinem trafili z momentem startu na dogodne warunki atmosferyczne, chwilę potem, jak ulewa zgasiła wielkopańskie zapędy bezlitosnego upału. Walory trasy budziejowickiej nie stanowią imponującej podstawy do literackich uniesień. Niech wystarczy zatem fakt, iż organizacja jak zwykle na medal, co uczestnicy hojnie wynagrodzili organizatorom wybuchem prawdziwej, niekłamanej euforii. Może Gabrysia i Marcin nie byli wulkanami tej radości, ale w dobrych humorach skończyli swój bieg. 

Gabrysia

              bez pomiaru czasu

Marcin

Mattoni Karlovy Vary Halfmarathon [80]

19 maj 2018, 21.097 km

Add News Story here

Volkswagen Prague Marathon 2018 [79]

6 maj 2018, 42.195 km

Add News Story here

Sportisimo Prague Halfmarathon 2018 [78]

7 kwiecień 2018, 21.097 km

Add News Story here

11. Panas Półmaraton Ślężański, Sobótka [77]

24 marzec 2018, 21.097 km

Add News Story here

5. Dziesiątka WROACTIV, Wrocław [76]

10 marzec 2018, 10 km

Zwyczajowo już atestowana dyszka Wroactivu stanowi dla DCO wiosenne dyszkowe przetarcie na wysokich obrotach będące urozmaiceniem BPS-u pod wiosenne maratońskie harce. Były czasy, gdy właśnie w trakcie tych zawodów padał rekord życiowy Waldka, przy tym takie misteria przeszły już do historii (takiej z pajęczynami, starymi skrzyniami i strychami w półmroku) z uwagi na zainteresowania Waldka dłuższymi dystansami (zresztą Gabrysi też). Od początku startów DCO, czyli od drugiej edycji nie zmieniło się w zasadzie nic. Ta sama trasa, ten sam stadion miejski, ta sama drętwa oprawa, te same teksty spikera. Jeszcze jedno się nie zmieniło. Na szczęście. Chodzi o warunki przed- i pobiegowe. Tego nie było na żadnym, na żadnym najbardziej kultowym biegu w dossier DCO (może troszkę w trakcie półmaratonu krakowskiego). Szatnie, kultura dostępu do pryszniców, toalet, metraż przeznaczony dla każdego biegacza może wpędzać w kompleksy każdego organizatora biegów masowych. Waldek chciał na swój sposób odwdzięczyć się za tak perfekcyjne warunki i przywieźć na metę doskonały wynik, ale na chwilę obecną okolica 45 minut jest miarą jego możliwości na tym dystansie. Tak czy owak najszybsza wiosenna wrocławska dycha jest biegiem nader kompetentnym i pomimo relatywnie wysokich kosztów uczestnictwa, wartym zaliczenia.

Waldek- 45:04/45:33

XI Gensan Giulietta e Romeo Halfmarathon, Verona [75]

18 luty 2018, 21,097 km

Półmaratoński rok 2017 był trudny dla DCO z racji przede wszystkim głównego nacisku położonego na maratony. To tak jak Stasiu, który zdaje do liceum staje się dla rodziny racją stanu, podczas gdy Franiu, który codziennie zapyla do piątej B, może sobie co najwyżej wytrzeć mokre oczy o futro Ciapka, który zresztą też nie ma lepiej, bo w domu pojawił się mały cienko szczekający Pimpuś. Wyniki połówek oscylowały wokół 1:40 (+/- 2 minuty), czyli typowo najszybciej w Usti, a najgorzej we Wrocławiu na Nocnym (przy czym tam w jednej lidze zagrało bieganie i fizjologia przewodu pokarmowego). Ale rok się skończył, wszystkie laurki maratońskie zostały przekazane, hymny odśpiewane, łzy wzruszenia wylane, medale powieszone. Po zapaści biegowej stycznia 2018 DCO w aliansie z Piotrkiem wyruszyli do Werony na półmaraton. Dziwny to był pomysł, dziwny czas. Okoliczności zostały wyłuszczone w dziale "aktualności". Jeszcze 24 godziny przed startem trójka śmiałków przypominała zdemilitaryzowaną zbieraninę zombie. Ale klimat miejsca, okoliczności architektury miasta, aromat, moc espresso oraz właściwa sobie witalność tamtejszej strawy na powrót zebrała zagubione trybiki w jedną maszynę. Z pomocą snu. Z dużą pomocą snu.

Trasa biegu półmaratońskiego w Weronie jest jedyna w swoim rodzaju. Poza dwuznacznym rozejściem miejsca startu i mety całość trasy biegnie przez okolice, które można i należy docenić. Nie ma tam przejażdżki po podmiejskich hurtowniach, wycieczki po zapomnianych osiedlach robotniczych, bezdrożach wśród pól i kempingów, czy tranzytu w sąsiedztwie fabryki. Dwadzieścia jeden kilometrów prowadzi wokół zabytków, starożytnych okolic nadrzecznych i centrum. Meta przy słynnym amfiteatrze przy Piazza Bra i tuż obok kilka tirów, które przywiozły rzeczy z depozytu pozostawione na starcie. Pogoda, co prawda, nie sprzęgła się we wspólnym dziele, ale warunki atmosferyczne w ogóle powinny być brane pod uwagę przy ocenie biegu. Walentynkowa połówka w Weronie jest zdecydowanie biegiem godnym powtórzenia i polecenia. Gabrysia poprawiła swój czas z ostatniego półmaratonu, zresztą też z Włoch z Rawenny o cztery minuty, co czyni ten fakt jeszcze bardziej dosadnym biorąc pod uwagę jej szorstką przyjaźń z zimnem i deszczem. Taka właśnie aura umilała czas półmaratończykom.

Gabrysia- 2:39:52/2:44:03

Waldek- 1:41:35/1:42:44

XXVIII Uliczny Bieg Strzelecki [74]

16 grudzień 2017, 15 km, bez atestu

Koniec startów biegowych na rok 2017. W województwie opolskim bieg w Strzelcach Opolskich często kończy zmagania biegaczy w danym roku z uwagi na brak sensownych biegów okołosylwestrowych. Jako, że DCO ma zupełnie inne plany na sylwestra, bieg strzelecki otrzymał miano ostatniego AD 2017 (ale nie ostatniego w życiu) dlatego Waldek (pojedynczy reprezentant DCO) stoczył ten bój raczej na spokojnie i bez większych ceregieli. W towarzystwie Piotrka, rasowego już runnersa, wyruszyli o godz. 11 w zasadzie z ostatnich pozycji na starcie w myśl sentencji "jeżeli chcesz biegać szybko, musisz biegać wolno". Oczywiście pierwsze dwa kilometry upłynęły na wyprzedzaniu wolniejszych biegaczy. Trasa ta sama, co zawsze. Ten sam, jak zawsze wiatr, tym razem nie zaszczycił obecnych, natomiast temperatura zbliżała się w okolice 1 stopnia. Wynik, który Waldek osiągnął to 1:11:32. I teraz analiza. Trzy tygodnie po ostatnim, piątym maratonie w tym roku, kontuzja jeszcze w pamięci, bieg silnie kontrolowany. Wynik analizy: strach pomyśleć co by było, gdyby Waldek faktycznie chciał szybko pobiec. Ta niezmiernie ekscytująca myśl niemniej jednak nie podnieciła zarządu DCO, który przyjął votum separatum i zwyciężyła naturalistyczna koncepcja traktująca o radości i wolności.

Jeszcze na temat organizacji biegu, a właściwie biegaczy. To był bieg uliczny w ogromnej przewadze dla amatorów, czyli dla ludzi, którym nie powinno robić różnicy kilka sekund na mecie. Z drugiej strony jeżeli trasa jest wytyczona, to powinna być taka jak została wytyczona. A chodzi mi o karczemne ścinanie zakrętów i skracanie dystansu. To jakaś choroba endemiczna w Strzelach Opolskich, że biegacz mając przed sobą zakręt nie pobiegnie po asfalcie, tylko przeskakuje po krawężnikach żeby zyskać dwie tysięczne sekundy. Może na mecie zamiast 345., będzie 344.? Waldek biegł uczciwie w każdym razie.

Waldek- 1:11:32

XXXIV Firenze Marathon [73]

26 listopad 2017, 42.195 km

Podczas researchu na temat florenckiego maratonu można się dowiedzieć, iż jest to wspaniały bieg z piękną trasą i niezapomnianymi wrażeniami. Z pewnością Florencja jest miejscem niezapomnianym i warto do niej wracać po wielokroć, co też DCO z powodzeniem uskutecznia. Spacery po Piazza della Signoria, przejście pod Palazzo Vecchio, po szybkim pokonaniu Ponte Vecchio zagłębienie się w labirynty Giardino Boboli, by z ich szczytu obejrzeć panoramę Arno. OK, to taka piękna pocztówka z wakacji. A co byście Państwo powiedzieli na taką opowieść? Siedem stopni C, szare, zachmurzone niebo. Po kilku minutach coś zaczyna z nieba padać. Ten z początku niewinny deszczyk przeradza się we wściekłą ulewę, podczas której wodospad zimnej wody spada na głowę z siłą młota. Ubranie, chociaż i tak dość skromne w dziedzinie ilości, jest mokre i ciężkie. Temperatura odczuwalna spada do 3 stopni, zrywa się wiatr i to powoduje, że w pewnych sytuacjach zimne, mokre krople atakują oczy. Kilka metrów od pola bitwy majaczą dwa majestatyczne skrzydła Gallerii Uffizi. Ponte Vecchio zalany wodą próbuje kusić biżuterią, bez szans. Dłuższy czas spędzony nad Arno, w zasadzie mógłby odbyć się gdziekolwiek, nad Małą Panwią na przykład. Walory widokowe są całkowicie zrujnowane przez lodowatą wodę, która już zupełnie wnerwiona atakuje miasto. Dopiero po ponad trzech godzinach wściekłość nieba ustaje, pojawia się uśmiech słońca i cień na ulicy. Teraz już widać Duomo, wyraźnie po prawej ręce wznosi się dzwonnica Giotta. Piękna. I meta. Kończy się 34. maraton we Florencji. Trudno powiedzieć, czy piękny. Pierwsza połowa odchodzi od Centro Storico na zachód i prowadzi biegaczy po terenie dużego parku i wzdłuż Arno, potem przez Ponte Vecchio i znowu wzdłuż Arno. Następuje mniej ciekawa część trasy w okolicy Campo di Marte. Za to powrót do Duomo urzeka urodą, pięknem i historią. 

Dla Waldka to był 10. szosowy maraton w historii, w mieście, które zna i lubi. Wynik, którego rodzicami chrzestnymi na pewno były warunki atmosferyczne, świadczy o tym, że maratony też zna i lubi.

Waldek- 3:47:54/3:50:53

XIX Global Ports Maratona Internazionale Ravenna Citta d'Arte [72]

12 listopad 2017, 42.195 km, 21.097 km

Co roku Rawenna, oprócz unikalnych medali, przygotowuje okolicznościową pogodę, aby zachęcić biegaczy do uczestnictwa w coraz słynniejszym święcie biegowym na wschodniej flance Emilia-Romagna. Dwa lata temu zakontraktowano słońce i niemalże letnie warunki. Rok 2016 święcił się zziębnięty i delikatnie pokropiony drobniutkimi, wodnymi przybyszami z nieba. Tegoroczny festiwal biegowych butów odbywał się natomiast we mgle. Prawdą jest natomiast, że jeżeli biegacz się uparł żeby biec długo, albo wybrał dystans maratoński, finisz na niebieskim dywanie miał miejsce w objęciach wczesnopopołudniowego wesołego słońca. Gabrysia, chociaż ten rok został potraktowany jak zaczerpnięcie tchu po ciężkim roku 2016, finiszowała jeszcze we mgle!

Zanim jednakże DCO finiszował, odbył podróż aeroplanem, jak to ma w zwyczaju. Jednakże w tym roku przewoźnik zaplanował sobie cykl sobota-wtorek, co powodowało, że nasi atleci przybyli do Rawenny nieco ponad 12 godzin przed startem, w związku z tym czasu na odpoczynek nie było wiele. A rzeczy do zrobienia cała masa. Kolacja, wino, spacer, kawa, rundka po ulubionych miejscach miasta, targ czekolady na Piazza del Popolo, a tu trzeba iść spać, bo rano maraton. O 9.30 start wszystkich biegów. Z roku na rok coraz więcej biegaczy, a co za tym idzie więcej kibiców i robi się problem z przejściem do właściwej strefy. Najbliższym hotelem koło startu jest Palazzo Bezzi i w tym hotelu zamieszkali Gabrysia z Waldkiem. Pomimo to wyszli za późno i właściwie startowali na końcu. Ale, jako że liczy się czas netto to nie szkodzi. Po około kilometrze wspólnego biegu G i W rozłączyli się i każde zrobiło to, co trzeba było zrobić. Gabrysia pomimo martwego okresu biegowego przybiegła o pięć minut szybciej, niż w Pradze na wiosnę. Waldek ostrożnie gospodarował siłami po kontuzji stopy i czas 3:54:22 to mega czas, bo za dwa tygodnie następny maraton, bo po kontuzji, bo biegł na luzie i zupełnym spokoju. 

Organizacyjnie Rawenna prezentuje typowo włoskie podejście do sprawy, odpowiedni, stosowny profesjonalizm, brak nadęcia i wiara w to, że ludzie z natury są w miarę przewidywalni i zrównoważeni. W tej szerokości geograficznej to działa i przyciąga takich biegaczy jak Dottori Corrono Opole.  

Gabrysia- 2:43:24/2:48:23

Waldek- 3:54:22/3:59:20

4. PZU Cracovia Półmaraton Królewski, Kraków [71]

15 październik 217, 21,097 km

Prawie od początku istnienia tego biegu, DCO uczestniczy w krakowskim, królewskim półmaratonie i stał się ten bieg już kanonicznym sprawdzianem przed raweńskimi maratońskimi harcami. Dwa pierwsze występy nie obyły się bez komplikacji pogodowych, za to wynik z 2016 roku jest rekordem życiowym Waldka do tej pory i nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie miał być pobity. Wiąże się to zapewne ze zmianą paradygmatu waldkowego biegania, ale podobno nigdy nic nie wiadomo. Trasa zawodów krakowskich AD 2017 nieco się różniła w stosunku do lat poprzednich, natomiast budzący największe emocje odcinek po 14. kilometrze, bardzo wąski i stosunkowo niebezpieczny pozostał taki sam, czyli nic się nie zmieniło. Zlikwidowano przebieg przez Rynek, który na pewno był dużą atrakcją, a brak powrotu przez Grodzką ze wzrokiem utkwionym na Wawelu był dojmująco smutny. W tym roku pogoda postanowiła wynagrodzić chude lata poprzednie i zafundowała słońce z temperaturą coś około pod 20 stopni C. Było ciepło i biegło się przeciętnie. Waldek nawet przez chwilę nie udawał, że dba o jakiś wynik i coś między 1:42, a 1:43 jest tego doskonałym odzwierciedleniem. Przynajmniej nie było zbędnej napinki.

Na pewno jest to profesjonalnie i z rozmachem przygotowany bieg, na pewno DCO jeszcze tu będzie bawił, ale trudno o wyśrubowane osobiste emocje mając w perspektywie eskapadę na włoskie maratony. Sorry Kraku i Ty smoku! W bezpośredniej batalii z włoskimi laluniami przegrywacie, tak jak nagi facet w skarpetkach przegrywa wizerunkowo z nagą kobietą.

Waldek- 1:42:23/1:44:31

Mattoni Usti n. Labem Halfmarathon [70]

16 wrzesień 2017, 21,097 km

Ponownie przyszło moderatorowi witryny DCO stoczyć bój na trasie półmaratonu w Usti n. Labem. To jest bieg szczególny. Tu nie ma miejsca na ornamenty, pomniki, delikatne krużganki i urokliwe plafony. Jest żelazo, stal, asfalt, ciężki robotniczy znój i ogromna fabryka, jak miasto wewnątrz miasta. Tu nie ma miejsca na zachwycanie się architekturą i sztuką. Na rozprawianie o secesji i miśnieńskiej porcelanie. Jest ogromny, majestatyczny stalowy most-Goliat, przez którego brzuch kilka razy trzeba przebiec. Ale jest to piękny bieg, który układa w głowie, który przywraca proporcje, który restytuuje idealną równowagę zwierzęcej siły mięśni i rytmicznych skurczów serca. Który oddaje esencję biegania, wkłada do ręki klucz uniwersalny, jak zakurzona księga znaleziona na strychu, mozolnie tłumaczy czym jest harmonia duszy i ciała. Piękny bieg, chociaż niepiękne widoki. Dla każdego zapaleńca biegowego, który zdążył się już rozpieścić pakietami startowymi, medalami i innymi gadżetami, a który zapomniał czym jest wysiłek, pot, ambicja i cele. Dlaczego czasem trzeba przegrać.

Waldek biegł, biegł, biegł. AD 2017 pogoda na razie jest sojusznikiem biegaczy i biegło się wyśmienicie. Wystarczy powiedzieć, że była to najszybsza połówka Waldka w tym roku. 

Bieg asfaltowy, ciupeńkę pofałdowany i bardzo szybki. Organizacja zagwarantowana przez RunCzech. Nic dodać, nic ująć. Zawody w Usti stoją po drugiej stronie lustra, niż półmaraton Sportisimo w Pradze, ale są tak samo ważne i tak samo wielkie.

Waldek- 1:38:02/1:38:50

35. PKO Wrocław Maraton [69]

10 wrzesień 2017, 42,195 km

To były zawody pełne sprzeczności. Doskonała pogoda (doskonała pod względem biegowym, nie ma to nic wspólnego z obiegowym pojęciem i definicją pięknej pogody) i jak zwykle delikatnie mówiąc, nieprzesadnie życzliwi kibice. Płaska, wyścigowa trasa i koszmarnie przygnębiająca atmosfera. Bardzo dobry wynik i ... w sumie zabrakło czegoś z przeciwnej strony kolejki, ale zaraz się wszystko wyjaśni.

To już trzeci raz Waldek biegł maraton we Wrocławiu. Miasto szczególne w historii życia Waldka (zarówno w sferze edukacji, jak i w sferze uczuć), w którym odbył się jego pierwszy bieg na tym dystansie. Ten pierwszy bieg, którego czas w chwili obecnej powoduje wstydliwy rumieniec na twarzy, jednakowoż odznaczył trwały ślad w jego biegowej duszy i do dziś dnia pozostaje budującym i niosącym szczęście wspomnieniem, do którego wracać jest niezmiernie miło. W zeszłym roku czas był już o kilka klas lepszy, zwłaszcza, że panowały wtedy nieludzkie warunki pogodowe i wtedy 3:51:06 to było coś! W tym roku miało miejsce ponowne spotkanie z trasą i... kibicami. Nie jest specjalną tajemnicą, że mieszkańcy Wrocławia nie darzą maratończyków nachalną miłością. Przy czym, jeden fakt wydaje się jest temu winien i spycha odpowiedzialność na organizatorów. Otóż zarówno ten maraton, jak i czerwcowy nocny półmaraton odbywają się po trasach wokół centrum. To jak garota wokół szyi. Całkowite zamknięcie centrum z każdej strony może być uciążliwe i stąd taka, a nie inna reakcja mieszkańców. Wystarczy przestudiować inne duże maratony, nawet w Polsce. Owszem zahaczają o centrum, ale raczej starają się uciekać od niego, a nie je szczelnie zamykać.

Ruszyła strefa Waldka, trasa praktycznie taka sama jak w zeszłym roku. Pogoda wymarzona, kilkanaście stopni, chmury, bez wiatru. Plan był w zasadzie jak samorodek z Nikiforem: biegnij, zobaczysz jak będzie. Wiadomo było, że nie może być szaleństwa, za tydzień połówka z Usti, dwa maratony listopadowe. W związku z tym biegł Waldek tak na solidne utrzymanie się przed 4 godzinami. Z tym, że w obliczu warunków i dobrego (a nawet bardzo dobrego) przygotowania podczas BPS-u, zrobiła się z tego szarża, ale przez cały czas kontrolowana, której nawet kolka od 35. kilometra nie była w stanie zaszkodzić. Ostatecznie skończyło się na 3:39:17, co jest gigantycznym wynikiem w kontekście życiówki z Rawenny z 2016 roku (zaledwie 4 minuty wolniej) i jednak zachowawczego planu, który studził nieco zapędy.

A co się tyczy przygnębiającej atmosfery, to Wrocław już tak chyba ma. Praktycznie zero punktów muzycznych z prawdziwego zdarzenia, gdzie grają zespoły, nie licząc łupanki disco co jakiś czas na pełny regulator, jakby był to Tour de Remiza powiatu wrocławskiego. Sami biegający też nie bardzo byli skorzy do konwersacji. Tematem przewodnim były rozbieżności wskazań ich zegarków w skali dystansu, jakby dysponowali swoimi własnymi satelitami.

Impreza oczywiście jest bardzo profesjonalna, ale smutna jak pogrzeb maratonu.

Waldek- 3:39:17/3:44:18

PKO Bieg Rodzinny , Wrocław [68]

10 wrzesień 2017, 1,6 km, bez atestu

Korzystając z zamieszania związanego z akomodacją DCO we Wrocławiu na czas maratonu, na liście zawodnicy pojawił się kolega Filip, czyli starszy fratello Marcina, czyli asa Dottori od mikrodystansów. Flilp, który pobieguje sobie od czasu do czasu oscylując koło 4-5 kilometrów powiększył listę startujących w towarzyszącym wrocławskiemu maratonowi PKO Biegu Rodzinnym dając tym samym zarządowi DCO jasny i klarowny sygnał, że nie jedzie jako jakiś nowoczesny Wallenrod tylko członek. A jeżeli dalej drążyć temat, to jakież innego klubu biegowego mógłby być członkiem, jeśli nie Dottori Corrono Opole. W końcu to prawie firma rodzinna. A wtedy już na pewno odpada kwestia nepotyzmu. Koniec końców ustawili się według starszeństwa, rangi i stopnia Gabrysia z Filipem i Marcinem na starcie tego 1,6 kilometrowego kryterium ulicznego i pohasali sobie pokonując 1,6 km. Jako, że to był friendly run, bez pomiaru czasu, odpadła kwestia wyścigów i współzawodnictwa, jednakowoż Marcin niespecjalnie lubi, jak go ktoś wyprzedza i coś tam sobie ponadrabiał. 

Gabrysia

Filip        bez pomiaru czasu

Marcin

9. PZU Maraton Karkonoski, Szklarska Poręba [67]

1 lipiec 2017, 52 km

52 kilometry, prawie 2300 m suma wzniesień, 3500 kalorii, ponad 8 godzin. To tylko cyfry. Treść, która się za nimi kryje, to pieśni ognia i lodu, która zawiera w sobie całą dramaturgię i wyobraźnię RR Martina, plus intrygę Nesbo, zagadki Agathy Christie, całkowite niezrozumienie Joyce'a, ponury egzystencjalizm Camusa i bogactwo charakterów Irvinga. Permanentny tranzyt z piekła do nieba i z powrotem niezliczoną ilość razy. Euforia zbiegu z góry połączona z bliskim kontaktem nosa z ziemią, ekstatyczne szczęście na widok punktu odżywiania zderzone z chybotliwym kamieniem nad przepaścią, na którym za chwilę trzeba postawić stopę. Przepaść taka, jaka dzieli maraton uliczny od maratonu górskiego.

Nie wiadomo czego dokładnie się Waldek spodziewał po swoim debiucie wśród ultrasów, ale pierwszy cios nadszedł już dzień wcześniej. A konkretnie przybrał postać prognozy pogody GOPR-u i całkowicie obnażył ignorancję aplikanta w dziedzinie sprzętu, ubioru, koncepcji pakowania i strategii. Ostatecznie ekwipunek został spakowany i na starcie obyło się bez większych ceregieli, natomiast już po kilku kilometrach okazało się, że by się napić trzeba ściągać cały plecak. Po drugie od około 7. kilometra zaczął się klasyczny, kamienisty górski szlak i Speedcrossy kompletnie nie sprawdzały się na tego typu nawierzchni, a jak jeszcze doszedł kawałek asfaltu po stronie czeskiej to, o matko! I tak już było do końca. Żmudny marsz do góry z pieśnią (kiedy w końcu będzie można biec), po czym zbieg po śliskich, nierównych i ostrych kamieniach, które przy dużym szczęściu nie skończyły się złamaniem nogi, czy wręcz skokiem w przepaść. Od Śnieżki biegło się trochę lepiej, bo psychologicznie był to już powrót do domu, ale wizja kamieni bolała bardzo. A od około 15. kilometra mięśnie czworogłowe bolały coraz bardziej zmuszając niekiedy do marszu pomimo dobrych warunków do biegu. I cały czas trwała wyliczanka: co przygotowałem nie tak i co następnym razem trzeba będzie zmienić. Następnym razem!!! Następnym??!!! Nigdy w życiu! Ale jak tylko Waldek dobiegł do mety mieszcząc się w limicie i spożył zupkę, to bardzo szybko zracjonalizował to pierwsze w życiu ultra i zaczął myśleć... a to niezupełnie dobrze się zapewne skończy. 

Waldek- 8:18:00/8:18:47

5. PKO Nocny Wrocław Półmaraton [66]

17 czerwiec 2017, 21.097 km

Jak nie za bardzo G i W lubią startować w wieczornych i nocnych biegach, w odróżnieniu od treningów, napisano już niejedną książkę. I co z tego, że corocznie jak tyko otwierają się zapisy do wrocławskiego nocnego półmaratonu Waldek zapisuje siebie, a potem pyta od niechcenia Gabrysię, czy może też ewentualnie, w ostateczności by chciała. Tym razem nie chciała...

Kompan się znalazł w osobie znanego już wszem i wobec Piotrka, który korzystając z dyskretnego uroku nuworysza biega wszystko i wszędzie.

Piąta edycja bardzo udanego zresztą biegu masowego w mieście, co to nie wiadomo, czy polskie, czeskie, czy niemieckie korzenie ma, zapowiadała się wielce ciekawie i obiecująco. Tym razem muzyka filmowa w tle, iluminacje, oświetlenie itd. Trochę to jest nieżyciowe, ponieważ biegacz, zwłaszcza jak biegnie szybko, przywiązuje taką wagę do tych atrakcji, jak nie przymierzając wojska Wehrmachtu do pięknych łanów tego, co akurat rośnie na polskich polach we wrześniu w 39'. Ale atrakcje miały być... i były.

Start biegu o 22.00. Zanim dwójka śmiałków zameldowała się w hali wielofunkcyjnej AWF z bezwarunkowym żądaniem numeru startowego, agrafek i koszulki, to jeszcze Waldek zdążył osiągnąć tętno submaksymalne na tenisie, powłóczyć się trochę po centrum handlowym, posprzątać pomieszczenia gospodarcze, salę odpraw i kącik prasowy w kwaterze główne DCO. Po czym udać się na urodziny, gdzie jadł i pił niekoniecznie to, co wypadałoby jeść i pić przed długim biegiem. I z takim bagażem, razem z Piotrkiem udał się do Wrocławia. Tam wszystkie folklory związane z przedstartem (szatnia, kolejki, depozyt, kolejki, rozgrzewka, kolejki, rozciąganie, ścisk) i w końcu ustawili się biegacze różnej maści na starcie.

Pierwsze dwa kilometry W i P biegli razem, po czym Piotrek stwierdził, że woli ciupeńkę wolniejsze tempo. W związku z tym Waldek pognał do przodu, zjechał z pejsem dużo poniżej 5 i kontrolował spokojnie bieg celując na złamanie 1:40, co było super realne biorąc pod uwagę genialną wprost pogodę: 15 stopni, malusi wiatr, brak duchoty AD 2016 i co jakiś czas kilka kropel deszczu. Tak sobie biegnąc osiągnął półmetek i gdzieś w tamtych okolicach pochwycił magnezowego shota, co by wlać jego zawartość do gardzieli, a stamtąd pośrednio wprost do samiuśkich mięśni. Już po kilkuset metrach od konsumpcji wszystkie błędy, które popełnił przed startem zawarły potężny alians i przyładowały jak największy niszczyciel US Navy. Pierwsze przejście do marszu koło Uniwersytetu, potem koło Młynu Maria. Żołądek skurczony do rozmiarów piłki pingpongowej. Wszystkie zwieracze ściśnięte jak bujne piersi gorsetem. Myśli odpłynęły od dobrego wyniku, ku wzburzonemu morzu myśli pod tytułem: "gdzie do cholery będą te pieprzone Toi-Toie?". Odnalazły się koło ogrodu botanicznego. Pierwsze dwie i pół minuty stracone. Potem walka o stracony czas... i na moście Grunwaldzkim znajomy skurcz w podbrzuszu, Waldek podczołgał się do kolejnego plastikowego kibelka na Wybrzeżu Wyspiańskiego. Potem na nic już się zdał sprint na Stadion Olimpijski. Czas karczemny 1:46:01. Hmmm...

Piękny medal, ponownie do kompletu z maratonem we wrześniu. Piękne okoliczności przyrody na stadionie. Niedosyt Waldka trwał chwilę, ale szybko się ulotnił. W końcu to właśnie jest chyba istota sportu, żeby walczyć zawsze i w każdej sytuacji. Z jednym może wyjątkiem, gdy relację kończy się takim napuszonym patosem.

Waldek- 1:46:01

Ceske Budejovice Mattoni HalfMarathon 2017 [65]

3 czerwiec 2017, 21,097 km

Ostatni element układanki p.t.: Run Czech. Nie licząc dyszki Birell Grand Prix w Pradze, DCO zaliczyło już wszystkie półmaratony i maratony w serii i brakowało już tylko miasta, do którego uparcie podążał Szwejk nawet jeśli się od niego oddalał. Chociaż miało to wyglądać nieco inaczej, to na starcie został Waldek. Gabrysia zmieniła plany i wsparła Marcina w jego biegu na trzy kilometry. Jako, że ekipa Dottori zawitała do Budziejowic późno, nie było zbyt wiele czasu na dokładne przestudiowanie trasy biegu i jej ukształtowania. Na szczęście odpadł temat odżywiania i wody, bo w każdym biegu zasadniczo jest stały schemat. A więc ponownie Bedrich Smetana zachęcił wszystkich do walki, a pogoda skutecznie starała się ostudzić (czy może rogrzać jeszcze bardziej) zapały, bowiem było gorąco, parno i duszno. Całość trasy przypominała mocno tę w Ołomuńcu z podobnym finiszem na rynku. Bieg ten wypadł Waldkowi w trochę nijakim okresie przygotowawczym, 3-4 tygodnie po wiosennych maratonach, 3-4 tygodnie przed rozpoczęciem BPS pod jesienne, miesiąc przed górskim ultra... Do końca nie było wiadomo jaką taktykę obierze nasz rodzynek. Ostatecznie wybrał spontan na zasadzie "pobiegnę, jak warunki pozwolą". Warunki pozwoliły na nieco ponad 1:43, co uznano za dobry wynik, zwłaszcza, że jak mówił, nie będzie się forsować. Ogólnie trasa, atmosfera, miasto bardzo podobne do edycji z Ołomuńca. Tak się składa, że w zgodnej opinii DCO te dwa są najsłabsze. I chociaż pewnie niekoniecznie klub zawita do tych dwóch miast ponownie, to wspomnienia zostaną. Wspomnienia profesjonalnej imprezy biegowej z własną swoistą atmosferą.

Waldek- 1:43:17/1:44:03

dm Rodinny Beh Czeskie Budziejowice 2017 [64]

3 czerwiec 2017, 3 km, bez atestu

Czeskie Budziejowice to ostatnia do tej pory nieodkryta przez DCO sceneria ligi biegowej RunCzech. Miasto na południu Czech, do którego tradycyjnie z Opola jedzie się ok. 4 godziny (tak jak Karlowe Wary czy Praga). Zarząd otoczył zawodników opieką hotelową, tak, by po krótkiej regeneracji po podróży, uczestniczyć w kolejnym biegu AD 2017. Jak zwykle na pierwszy ogień dm Bieg Rodzinny, konstelacja Gabrysia-Marcin. Co prawda inne były ustalenia, inny był podział ról i obowiązków, ale Gabrysia przedstawiła solidne dowody i ostatecznie na placu boju Półmaratonu został Waldek, a pozostała dwójka ustawiła się w korytarzu startowym. Znowu liczebność biegu dodatkowego była niewiele skromniejsza od głównego. Ignorując fatalną wilgotność powietrza i niełatwe warunki do biegania, Gabrysia z Marcinem szybciutko uwinęli się z dystansem i zakończyli kryterium uliczne, które było początkiem i końcem połówki, meldując się na mecie w dość świeżym wszak wydaniu. Medale, fotoreporterzy jak zwykle i jak zwykle niewiele czasu na przygotowanie się do swojego biegu dla Waldka, którzy dzielnie i ochoczo towarzyszył G i M na rynku.

Gabrysia

              Bez pomiaru czasu

Marcin

XXIV Bieg na Ślężę, Sobótka [63]

27 maj 2017, 5 km

Są takie miejsca, do których DCO nie wraca. To na przykład Siechnice, Katowice, Brzeg, Olesno, czy Gliwice chociażby. Do Warszawy też niechętnie, chyba, że z jakiejś specjalnej, ważnej okazji. Natomiast są też takie miejsca, do których Gabrysia każe się wieźć nawet będąc po dyżurze ze słabo przespaną nocą. I to to jeszcze na bieg górski i to typu alpejskiego, czyli takiego, który prowadzi tylko do góry. Mowa o Sobótce i legendarnym Biegu na Ślężę. Wyjątkowo zjadliwy wirus o tej nazwie uderzył w członków DCO w maju 2016. Do tej pory okopał się w zwojach nerwowych, wkleił w genom i obecnie może już zbierać owoce swoich zbrodniczych zamierzeń. 

Pięć kilometrów. Startują kobiety, dziesięć minut po nich mężczyźni. Na początku jest lekki podbieg bardzo niepozorny w otwartym terenie. Potem odbicie w lewo i do lasu. A w lesie nagle kąt zaczyna się nagle podnosić jak dziób samolotu podczas startu. Poza tym, że jest do góry, to jeszcze przyjemna, leśna dróżka zmienia się w rynnę w kamieniołomie prowadzącą wyżej i wyżej. Bardzo szybko bieg ustępuje miejsca marszowi, ale żeby nie było, że to tylko marsz, w pewnym momencie rozpoczyna się wspinaczka z balansem rękami, żeby nie polecieć na głowę. Jest jedno małe, chwilowe wypłaszczenie, że trochę poudawać, że się biegnie, a potem z powrotem do wspinaczki. Ciężko było to sprawdzić, ale czołówka podobno biegła od początku do końca. Nie wiadomo. Na górze czekał medal i butelka wody. A później było zejście ze Ślęży, będące osobną dyscypliną sportu, równie śmieszną i wesołą.

Gabrysia- 1:06:59

Waldek- 44:33

Mattoni Karlovy Vary HalfMarathon 2017 [62]

20 maj 2017, 21.097 km

Niedawno Gabrysia urwała się na piątkę do Wrocławia, tym razem korzystając z przymusowej pseudopostartowejniemocy Waldka, wyruszyła na dziewiczą trasę półmaratonu w Karlowych Warach, oczywiście w serii RunCzech. Jak tylko Waldek z Marcinem zmordowali bieg rodzinny, zamienili trykoty biegowe na nieco bardziej wizytowe stroje po to, by krocząc po Carlsbadzie dokumentować sportowe dokonania ich jedynej zawodniczki, a przy okazji tłumnie zebranym kibicom pokazać, jak należy to robić właściwie. Gabrysia stanęła na starcie wśród innych zapaleńców i śmiałków gotowych zmierzyć się z 21-kilometrowym dystansem obfitującym w podbiegi i zbiegi usytuowanym wydawało by się mocno atrakcyjnie w ciekawym terenie zachodnich Czech. Jak zwykle na początku przejechało Pendolino pod postacią kilkunastu czarnoskórych biegaczy, potem pojawili się biegacze o nieco już bardziej codziennej aparycji. Gabrysia biegła dzielnie korzystając uczciwe z punktów wodnych i żywieniowych. Biegła równo, jak potem relacjonowała dość lekko, pomimo popołudniowej pory. Czas, który uzyskała był około dziesięć minut lepszy, niż w Pradze na Sportisimo! To zasługuje na więcej, niż jeden wykrzyknik. Bo trzeba sobie pewne rzeczy uzmysłowić. Sportisimo jest biegiem magicznym. Ten weekend półmaratoński w stolicy Czech rządzi się swoimi osobnymi prawami. Jak zwykle są tam bardzo dobre warunki pogodowe i jest trasa dobrze znana. I jeszcze DCO biegnie tam razem, czyli Waldek próbuje pacemakerować. Pomimo to w Karlowych Warach zmiażdżyła wynik praski biegnąc sama, w nowym miejscu, w takiej sobie pogodzie (zachmurzenie, ogólnie wilgotno) i na trudnej trasie (więcej podbiegów). Wszelkie słowa komentarza bledną jak Jane Mansfield przy Marilyn Monroe. Brawo Gabrysia!!!

A z wniosków postartowych; jest to bardzo ciekawa trasa w bardzo pięknym mieście i w planach DCO na przyszły rok Karlowe Wary znajdą się z pewnością.

Gabrysia- 2:38:03/2:41:19

dm Rodinny Beh, Karlovy Vary 2017 [61]

20 maj 2017, 3 km, bez atestu

Kolejny weekend w serii RunCzech. Tym razem Carlsbad, czyli Karlovy Vary. Najmniejsze miasto na świecie, w którym odbywający się bieg uliczny otrzymał złotą odznakę IAAF. DCO pojechało tam znowu w pełnym komplecie, tylko tym razem Waldek, któremu trudy wiosennych maratonów nie pozwalały na zaliczenie biegu głównego na 21 km, otrzymał za zadanie sekundowanie Marcinowi na dm Rodinnym Behu, jak zwykle na trzy kilometry. Tak więc małolitrażowy gazik DCO koloru złotego zawitał do kurortu późnym wieczorem w piątek. Po spokojnie przespanej nocy w Verona Appartments, tak na oko 80 m od startu biegów, towarzystwo DCO podeszło, tak na oko 300 metrów, do EXPO, aby pobrać pakiety startowe i wydębić dla Marcina lody od UniCredit. EXPO mieściło się w jakimś straszydle architektonicznym z czasów późnej stabilizacji komunistycznej, zwanym Hotelem Thermal. O godzinie 16.00 miał się odbyć towarzyszący półmaratonowi dm Rodinny Beh. To co w Pradze wydawało się czymś wyjątkowym, czyli takie obłożenie, zainteresowano, tylu chętnych, okazało się normą dla biegów "dm". Ponieważ w Karlowych Warach również ilość uczestników tego małego biegu i zainteresowanie niebezpiecznie zbliżały się do biegu, z powodu którego miasto przeżyło zalew turystów (zarówno biegaczy, jak i nie biegaczy). A więc o 16.00 Waldek z Marcinem ruszyli do boju. Pierwszy bój stoczyli z wózkami dziecięcymi i czterolatkami, które niedługo po starcie rozmyśliły się i zaczęły spacerować w poprzek trasy. Drugi bój miał miejsce na krótkim kawałku trasy pod hotelem Thermal, gdzie królowały naturalne zapachy Homo Sapiens. Trasa była złożona z początku i końca pełnej trasy półmaratońskiej i poza pachnącym fragmentem była efektownie usytuowana w okolicy bulwaru nad kanałem z wieloma wbiegami i zbiegami. Marcin dzielnie pokonywał te przeszkody i zachował siły na piękny finisz. Charakterystyczny medal zawisł na jego szyi, a pękający z dumy Gabrysia i Waldek musieli się szybko zacząć przygotowywać. Gabrysia do swojego biegu, a Waldek do nowej roli obserwatora poczynań Gabrysi na trasie 21 kilometrów.

Waldek

             bez pomiaru czasu

Marcin

7. Maraton Opolski [60]

14 maj 2017, 42,195 km

Z opolskim maratonem to jest tak, że na jaki dystans się biegnie, czy na 10, czy 21, czy 42, biegnie się tą samą trasą, po prostu są kółka po 10,5 kilometra i biegaczy różni tylko to ile tych kółek ma zamiar wykręcić. Po drugie jest to niełatwy bieg. W centrum jest jeden upierdliwy podbieg na Kominka, a w długiej zawijce na wyspę Bolko takich podbiegów są przynajmniej dwa plus cztery raz wspinaczka na most na każdym okrążeniu. Poza tym długaśna prosta wystawiona na ewentualne słońce, jak Pearl Harbour dla Japończyków. A w tym roku słońce było bezlitosne i ta cholera świeciła i grzała, jakbyśmy mieli idylliczne wakacje na Seszelach. Na domiar złego do środy w tygodniu maratońskim Waldek unikał schodów i w ogóle chodzenia, ponieważ tak dziarsko się rozciągał po Pradze, że zmasakrował czworogłowego obu ud, tak, że występ w Opolu długo był niejasny. No ale rozjaśniło się, w okolicach "środy na czwartek" wszystko odeszło i było już dobrze. Umówił się Waldek z Piotrkiem, że dwa kółka pobiegną razem tempem Piotrka (ok. 2 godziny), potem tylko szybciutko dokończy swój dystans, a potem będzie imprezka, zabawy i swawole do białego rana. Najśmieśniejszy, zabójczy dowcip Monty Pythona jawi się przy ostatnim zdaniu jak odgrzewany kawał o Polaku, Ruski i Niemcu. A było to tak: pierwsze okrążenie było nawet śmieszne, dobre tempo, nawet zaskakująco dobre, dobra forma. Na drugim kółku było już mniej śmiesznie, Piotrek napisał petycję, żeby odrobinkę zwolnić. Po zwolnieniu dopadło ich słońce na Krapkowickiej i zrobiło z nich to, co robi Pani Modliszka z Panem Modliszką po akcie miłosnym. Na Kominka bis weszli, potem Solaris, Kołłotaja, 1-go Maja i jakoś Piotrek oddalił się do mety, a Waldek pobiegł na szerokie, wezbrane wody trzeciego kółka. I tu nie było już w ogóle śmiesznie. Sprzeczne namiętności nim targały, ale dzięki żelowi, wodzie, izotonikom i przypadkowemu kubkowi piwa w strefie kibica Biegu Opolskiego, trzecie kółko się skończyło. Czwarte było dobre, zawsze jak coś co jest ostatnie. Ostatecznie złamał Waldek cztery godziny i to nawet przekonywująco. Na mecie czekali jak zwykle Gabrysia z Marcinem i Filipem (co nie jest jak zwykle), a po za tym ekipa Cholewów, co by Waldek trochę pogwiazdorzył. Ale sił starczyło mu jakieś pół godziny gwiazdorzenia. Potem osłabł jak sucha czereśnia w ogrodzie DCO i ogólnie oklapł. Na myśl o spotkaniu towarzyskim, które miało odbyć się popołudniu ogarniała go panika. Ale do żadnego spotkania nie doszło, każdy lizał rany w swoim kątku, poza tym Piotrek odzyskał przytomność nazajutrz.

Waldek- 3:57:06/3:57:35

Volkswagen Prague Marathon 2017 [59]

7 maj 2017, 42,195 km i 21,097 km

W pierwszej fazie przygotowań ten maraton miał być najważniejszym wiosennym biegiem i okazją do dobrego wyniku dla Waldka. Gabrysia, żeby nie zabijać czasu wałęsając się po mieście, albo sączyć Aperol Spritz, zdecydowała się pokonać ten dystans wespół z Piotrkiem, czyli matematycznie na każdego wypadało 21,0975 km. Jednakowoż potem koncepcja się zmieniła i tydzień po Pradze doszedł maraton opolski, w związku z tym bieg w Czechach pozostał najważniejszym biegiem wiosennym, ale już kwestia wyniku spadła na dalszy plan. U Gabrysi zostało po staremu. Dzień po sławetnym dm Rodinnym Behu reprezentacja Opola (z Polski) podzieliła się cokolwiek asymetrycznie i tak Gabrysia z Waldkiem ustawili się na starcie, natomiast Piotrek rozbił obóz na półmetku, piękny namiot, trochę gazet po poczytania, prymusik z małym palnikiem, co by sobie odgrzać puszkę fasolki jakby co. Gabrysia jako zawodnik 2RUN została ustawiona dość blisko, Waldek na jakichś dalekich rubieżach ścieżki startowej. W czasie, gdy startujący słuchali kanonicznej Wełtawy Bedricha Smetany, Piotrek właśnie poprawiał jednego śledzia linki od namiotu i kończył mocowanie sznura na bieliznę. Trzon DCO spotkał się jakoś tak w okolicy 1,5 kilometra przed wbiegiem na most Karola, pomachali sobie, omówili szybciutko wakacje na rok 2018, dosłownie sekundę pogawędzili o dzieciach, ich przyszłości i o tym, ze starość wcale nie musi być przygnębiająca i Waldek pobiegł przecierać maratońskie szlaki, a Ona swoje (chociaż trasa była ta sama). Pogoda piękna, jako to w zasadzie normalne w Pradze. Trasa praskiego maratonu jest dość ciekawą wariacją na temat trasy półmaratonu. Można powiedzieć, że całość połówki jest wpisana w marszrutę maratonu z dodanymi kawałkami. Na jednym z nich umieszczono długą agrafkę wzdłuż wybrzeża Wełtawy i na jej niemalże końcu umieszczono połową dystansu. Nawierzchnia w przewadze asfaltowa, trochę kostki. Na rzeczonym półmetku sztafety przekazywały sobie chip i kontynuowały bieg. Gabrysia poprawiła swój czas sprzed pięciu tygodni i Piotrek miał okazję w dobrym stylu dobiec do mety i tamże podnieść ręce do góry. Co się tyczy Waldka, to był to dzień na piękny wynik, biegło się lekko, kilometry uciekały, rezerwy jak zapasy jedzenia w schronie przeciwatomowym. I cały czas w głowie uparta myśl, że za tydzień następny maraton, nie szarżuj! No to Waldek nie szarżował, za to na metę wpadł jakby właśnie wrócił ze sklepu za rogiem, gdzie poszedł po bułki. Wynik drugi w historii 3:43 netto, natomiast możliwości aż strach pomyśleć. Wszyscy wspomniani w tej relacji byli bardzo zadowoleni z całego biegu, z wyniku i z tego, w jak niewielkim stopniu degeneracji znaleźli się po tych zmaganiach. Volkswagen Prague Marathon z pewnością jest wart tylu pieniędzy, które wokół tego przedsięwzięcia się kręcą.

Gabrysia- 4:32:38/4:33:47 (czas łączny w 2RUN)

Waldek- 3:43:42/3:47:17

dm Family Run Praha 2017 [58]

6 maj 2017, 3 km, bez atestu

Jeden z najsłynniejszych maratonów świata drugiej ligi. Ekstraklasa to Nowy Jork, Boston, Londyn itd. Ale za to zawody w Pradze to najszybszy maraton na świecie w maju. Jak przystało na światową imprezę, RunCzech przygotowało także inne, poboczne eventy, w tym biegowe. I właśnie ten poboczny wątek tak bardzo zainteresował zarząd Dottori Corrono Opole. Przecież w talii figur mają takiego jednego fachmana od 3 kilometrowych popisów. Marcin, bo wszak o nim mowa, zakontraktował występ i w punkcie piątym ustęp czwarty umowy zawarł klauzulę obowiązkowego uczestnictwa Gabrysi i Waldka w tym biegu, bo przecież nie będzie sobie sam nosił wody i banana, jak jakiś zwykły podwórkowy zatopek. W dzielnicy Holesovice niedaleko centrum Pragi stoi rozległa Tipsport Arena, a obok niej wznosi się monumentalny Prumyslovy Palac, gdzie zwykle mieści się EXPO przed Sportisimo Prague HalfMarathon i majowym maratonem (VW jako sponsor tytularny). Do niego przylega rozległy park Stromovka i tam przewidziano, i wyznaczono trasę zmagań na 3000 metrów pod szyldem dm Rodinny Beh (Family Run). Na starcie ponad dwa tysiące numerów startowych. Ścieżka startowa długości Nilu, dość powiedzieć, że od wystrzału do minięcia linii startu przez Marcina i jego ekipę minęło 7,5 minuty!!! A sam bieg wystartował Jirka Homolac, to teraz najgorętsze nazwisko czeskich biegów. Było gorąco i parno, a organizatorzy podstępnie wytyczyli trasę z kilkoma podbiegami. Na tych podbiegach Marcin hasał wyprzedzając kolejnych biegaczy ciągnąc za sobą resztę klubu. Na ostatnich set metrach rozpoczął sprint, a tego już G i W nie mogli zdzierżeć i trochę pomaruderowali, ale bieg ukończyli. Medale zawisły na szyjach. Był to jak na razie najdłuższy dystans dla młodego zawodnika DCO i do tego szybki licząc nieoficjalny czas, albowiem był to non competition friendly run. Friendly, nie friendly, ale DCO pokazało to i owo.

Marcin

Gabrysia     bez pomiaru czasu

Waldek

Bieg Kobiet Zawsze Pier(w)si, Wrocław [57]

23 kwiecień 2017, 5 km, bez atestu

Ponad 1500 kobiet i dziewcząt, w dużej mierze w różowych okolicznościowych wdziankach, na trasie biegu o przybliżonej długości 5000 metrów. To był piękny widok, gdy to ładniejszy fragment naszego człowieczeństwa współzawodniczył, a na sztab szkoleniowy, zaopatrzeniowy, logistyczny i rehabilitacyjny składali się mężowie, partnerzy i dzieci. Nerwowe wypatrywanie, drżące ręce trzymające bidon z wodą, albo ręcznik... minuty, coraz dłuższe, pytania pod tytułem: "tato!, to kiedy mama będzie?!". Większość tatusiów i mężów też pewnie zadawała sobie to pytanie i każda sekunda pozbawiona wsparcia mamy, żony, babci itd. wydawała się trwać cały prekambr. A tymczasem na trasie działy się ciekawe rzeczy. Z uwagi na ogromny odzew biegających właścicielek XX (chociaż to nigdy nie wiadomo do końca), biegaczki zostały podzielone na dwie tury. Gabrysia, póki co jedyna przedstawicielka DCO, dzięki której klub ten jest trochę ładniejszy, biegła w drugiej. Osiągnęła czas 36:34. Bieg nie miał specjalnych założeń taktycznych i w sezonie międzypraskim (czyli między dwoma półmaratonami w Pradze) miał być wytchnieniem od rytmu treningowego. Dał ten wynik, tyle, że kilkaset biegających pań (in somma) miało przyjemność oglądania pleców naszej Gabrysi, co w zasadzie też jest aktywnością cokolwiek przyjemną. Żeby nie przyszło do głowy, że ogólnie ten event był taki sobie luzacki. O nie!! Finiszerki schodziły poniżej 20 minut!!! Tyle, to na przykład Waldek nie potrafi, a więc zawody były jak najbardziej na serio. Gabrysia finiszowała już w lekko padającym deszczu, który to z minuty na minutę narastał, aż w końcu lunął porządnie. Na szczęście był to już koniec potyczek i DCO skierowało się do klubowego autokaru.

 

Gabrysia- 36:34 

H20 Półmaraton Wrocław [56]

8 kwiecień 2017, 21,097 km

Zapowiedzi były huczne, jak nowi Avengersi. Nowy bieg na mapie Wrocławia. Płaski, szybki, półmaraton z atestem, z morałem o wodzie i konieczności dbania o nią w tle. Organizacji podjęło się stowarzyszenie Pro-Run, a więc nie debiutanci. Lokalizacja startu i mety Na Niskich Łąkach, potem na wschód, potem w lewo wgłąb nadodrzańskich wsi i powrót wzdłuż wałów do mostu Grunwaldzkiego i na Niskie Łąki. Obiecująco to wszystko się zapowiadało. Waldek stawił się odpowiednio wcześnie w okolicy startu. I jedna tylko sprawa diabelnie komplikowała to przedsięwzięcie. On był tydzień po światowym, błyskającym blichtrem półmaratonie w Pradze i nawet pogoda była nie taka. Zimno, deszczowo. Biuro zawodów i depozyt to dwa półotwarte namioty położone malowniczo pośrodku błota. Numery startowe bardzo ładne, zarówno od strony graficznej, jak i funkcjonalnej. Brak szatni w zasadzie, ale po co DCO ma klubowóz wielkości hotelu? Start! Pierwsze dwa kilometry cała czereda poszła chodnikiem, wąskim! Potem w końcu odbicie w stronę wsi i było już luźnej. Punktu wodnego na 5. kilometrze nie było. Potem na FB przyznali się, że nie zdążyli postawić stołu, kubków itd. Cała następna część trasy, aż do mostu Grunwaldzkiego OK, ale w okolicy tegoż mostu bez oznaczeń, to już nie miało nic wspólnego z profesjonalizmem. Waldek na metę wpadł w dobrym nastroju z powodu wyniku, który świadczył o tym, że nie wychodzi z formy i biegnąc bardzo zachowawczo bije rekordy na tym dystansie z poprzedniego roku. I gdy już zamierzał olać grochówkę, kiełbasę, czy coś podobnego dostał miseczkę ryżu z jabłkami i rodzynkami. Przez chwilę wzruszenie opanowało spoconą postać (brak szatni!), która to po spożyciu ryżu udała się do auta i tam się przebrała. Jeżeli Pro-Run pokona próg śmieszności to w przyszłym roku dlaczego nie?

Waldek- 1:40:41/1:41:30

Sportisimo Half Marathon Praha [55]

1 kwiecień 2017, 21,097 km

Powroty na Sportisimo półmaraton w Pradze zawsze są okazją do specjalnego weekendu i chociaż z każdym rokiem stopy DCO podążają tą samą trasą, zarówno podczas biegu, jak i poza nim, to z każdym następnym razem klub wraca do macierzystej siedziby bogatszy i silniejszy. W roku 2016 Gabrysia debiutowała na takim dystansie w ogóle, teraz pokonywała go już ósmy raz. Chociaż obiektywne przyczyny nieco pogmatwały okres przygotowawczy, to jednak DCO stanęło na starcie razem z armią biegaczy z całego świata, na starcie najszybszego półmaratonu w Europie. Trasa odarta z osobistych wartości prezentuje się dwojako. Odcinki zapierające dech w piersiach, w których nogi same biegną bez specjalnej zachęty z bazy, przeplatane są (agrafka w okolicach 5. i okolice 15-16 kilometra) nudnymi kawałkami. Pogoda dopisała jak na początek kwietnia z grubej rury- ponad 20 stopni. I to wszystko spowodowało kolejny legendarny bieg w Pradze. Wynik w rejestrach średnich, ale DCO nie jechało po puchary, tylko by kolejny święty biegowy dzień święcić. Towarzyszył klubowi aplikant Piotrek. Jakoż Gabrysia przed rokiem, tak on w tym roku zawitał do Pragi, by odebrać należne mu insygnia długodystansowca. Otrzymał je, ale dopiero po zakończeniu jego pierwszej połówki. Gratulacje! Kolejny raz RunCzech zapisał się w kronice DCO.

Gabrysia- 2:48:57/2:59:16

Waldek- 2:48:57/2:59:17

10. Panas Półmaraton Ślężański, Sobótka [54]

25 marzec 2017, 21,097 km

Kapituła PSB, czyli nie do końca oczywistej biegowej organizacji w Polsce, zdecydowała, że kultowy półmaraton w Sobótce nie będzie uwzględniany w koronie półmaratonów polskich (czyli trzeba przebiec con. 5 z 12 wskazanych) bez podania jakichś konkretnych przyczyn. Przez media przewaliły się tony opinii, komentarzy, kalumni, gróźb, słów wsparcia oraz słów, które ze wsparciem nie mają nic wspólnego. Na szczęście organizatorzy szybko zakasali rękawy i zorganizowali dziesiątą już edycję swojego biegu. Mały rynek, armata i jej huk, który uruchamia szyby w oknach i miesza we wskazaniach czujników zastępów odważnych zawodników, i poszli. Na początku było nawet śmiesznie, jakieś dowcipy, opowieści, śpiewy, po czym nadszedł ten czwarty, czy piąty kilometr i się zaczęło. Tabliczka "Sulistrowiczki" oznajmiała regularny już podbieg i morale atletów, wciąż wysokie, wystawione zostało na ciężką próbę. Tabliczka "Tąpadła" powitała długą dyszącą i sapiącą lokomotywę, co to pot z niej spływał. W większości wagonów wszelkie rozmowy i inne aktywności towarzyskie zostały kontrolnie wstrzymane, aż do osiągnięcia szczytu przełęczy. Niestety, po pokonaniu tejże przełęczy sapiąca maszyna zaczęła niebezpiecznie szybko pędzić w dół, a morale już w stanie nieważkości błąkało się, jak inercyjna zawartość wagoników w tłumaczeniu zasad dynamiki. Do dokończenia podjętych wątków podczas wbiegu musiało dojść dopiero na mecie.

Waldek nie musiał z nikim omawiać kluczowych kwestii, ani roztrząsać ważkich problemów, ponieważ biegł sam. Dawało mu to luksus obserwacji współbiegaczy. Plan biegu był spokojny na zasadzie utrzymania formy, jako że ta pora roku jest okresem przygotowawczym przed wiosennymi maratonami. Czyli powiedzmy zmieścić się w 1:50. W istocie zmieścił się w 1:40 bez 28 sekund.

Bardzo dobra organizacja (to zasługa organizatorów) i wspaniała pogoda (to chyba już nie oni). To dwa najważniejsze wspomnienia z biegu.

A PSB... nie warto sobie nimi zaprzątać głowy.

Waldek- 1:39:32

4. Dziesiątka WROACTIV, Wrocław [53]

5 marzec 2017, 10 km

Jedna z najdroższych dyszek w okolicy po raz czwarty odbyła się jak zwykle w okolicy stadionu miejskiego we Wrocławiu. Po raz kolejny zamiast przedbiegowego wyciszenia i wizualizacji ostatnie minuty przed rozgrzewką zajęła kontemplacja tej pięknej budowli. Bez żadnej przesady trzeba powiedzieć, że jest to piękny i efektowny stadion, chociaż służy tak efekciarskiej i tandetnej dziedzinie sportu, jaką jest piłka nożna. DCO wystawiła samodzielnego zawodnika w osobie Waldka, a niebieskie niebo i chmury czyste wystawiło odpowiednie warunki pogodowe okraszone, co prawda wiatrem, ale w tych rejonach Wrocławia, to raczej normalka. Biorąc pod uwagę tegoroczny kalendarz biegowy moderatora Dottori, początek marca to termin z sufitu na szybką dyszkę, w związku z tym był to bieg absolutnie kontrolny, który po pierwsze miał służyć łagodnemu wejściu w harmonogram zawodów anno 2017, a po drugie miał zaspokoić ciekawość Waldka, czy styczeń i luty potraktowane dość luzacko, jeżeli chodzi o dystans, nie narobiły szkód w świeżości i szybkości. Otóż, czas netto/brutto w okolicy 45 minut to bardzo dobry wynik. Co się tyczy biegu, pozostała bardzo dobra organizacja, dobra atmosfera i jak zwykle znakomite warunki jak to się mówi logistyczne dla biegaczy przed i po biegu. Brawo!

Waldek- 44:53/45:19

Bieg Mikołajowy, Wrocław [52]

4 wrzesień 2016, 10 km, bez atestu

Ostatni zakontraktowany wspólny klubowy bieg na zawodach w bogatym sezonie 2016. W imię wracania na stare śmieci kolejny już występ w biegu mikołajowym nosił znamiona specjalnego z powodu dość luźnego i raczej rozrywkowego podejścia klubu do rzeczy. Po pierwsze było to bardzo przyjemne i w sumie radosne pożegnanie absolutnie wyczynowego sezonu (liczba liczb typu 21.097 i 42.195 na liście startów może przyprawiać o zawrót głowy), po drugie Gabrysia wracała po okresie roztrenowania. Jak zwykle wędrówka do wałach nadodrzańskich dostarczyła bardzo dużo pozytywnych niewidzialnych, wirujących kłaczków energii, nazywanych wibracjami, co w umysłach atletów DCO powoduje znaczący spadek entropii i materializuje zręby planów biegowych na nadchodzący sezon. Bardzo pozytywny w każdym sensie występ.

Waldek- 1:18:04

Gabrysia- 1:18:06

Bieg Mikołajowy Rodzina z Mikołajem, Wrocław [51]

4 wrzesień 2016, 0,8 km, bez atestu

Okolicznościowy bieg rodzinny z okazji 10-tki mikołajowej we Wrocławiu. Kolejna odsłona pełnoobsadowego biegania DCO. Tym razem kółeczko 800 metrów obok stadionu olimpijskiego i prawdziwie olimpijska forma juniora Marcina, który zostawił za plecami G i W finiszując samotnie wśród aplauzu licznie zgromadzonej widowni, pomimo braku rozpieszczania zawodników przez aurę, nie będącą specjalnie łaskawą dla kibiców, aczkolwiek pod względem biegowym, były to warunki nienajgorsze, co też znalazło swój epicki finał w postaci rzeczonego już błyskotliwego finiszu, jak również w postaci najdłuższego chyba zdania w historii internetu. Bravi ragazzi, chciało by się rzec. Prawdziwa iluminacja na koniec sezonu 2016.

Waldek

Gabrysia     bez pomiaru czasu

Marcin

XXII Barbórkowy Bieg Skalnika, Gracze [50]

19 listopad 2016, 14 km, bez atestu

Waldek, jako jedyny reprezentant DCO, zdecydował się na udział w tym biegu po raz trzeci z rzędu. 240 osób zdecydowało się pobiec w tych kameralnych, skromnych zawodach, których historia jest wcale bogata, w końcu to dwudziesta druga odsłona. To robi wrażenie. Ta sama trasa, ci sami ludzie, nawet chyba ci sami kibice na trasie w ilości kilkunastu osób i jak zwykle w tym roku deszcz. Jako, że jest to impreza stricte biegowa bez żadnych pobocznych eventów, to co trzeba było zrobić to przebiec te czternaście kilometrów, rozciągnąć się po biegu, wsiąść do samochodu, włączyć ogrzewanie łącznie z fotelem i udać się do domu. Biorąc to wszystko pod uwagę Waldek pobiegł bardzo szybki bieg anihilując poprzednie wyniki z graczy, tempo poniżej 4:30. Po raz kolejny organizatorzy zrealizowali porządną imprezę biegową i chwała im za to.   

Waldek- 1:01:58/1:02:09

XVIIIa Maratona Internazionale Ravenna Citta d'Arte [49]

13 listopad 2016, 42.195 km i 21.097 km

Przyjemnie biega się w miejscach, które się lubi. Dlatego DCO nie biega już w Siechnicach, nie tęskni za startami w Warszawie. Chyba również wołami trzeba było by ich zaciągnąć do Zwickau, czy Kijowa. Natomiast Rawenna zajmuje duży salon w sercach Gabrysi i Waldka i każdy pomysł na to, by odwiedzić to miejsce jest dobry. A wśród nich najlepszym jest maraton z przyległościami. Rok 2015 w Rawennie został już sowicie opisany i na zawody w roku obecnym klub przygotował się starannie. Zmiany polegały na zmianie dystansu Gabrysi na 21,097 km i zmianie hotelu na Palazzo Galletti Abbiosi. Z kolei organizatorzy zmienili nieco trasę. Zamiast dwóch kółek po centro storico zaplanowano jedno, po czym kolorowa lawa miała zalać drogę do Classe, gdzie znajduje się Bazylika św. Apolinarego (in Classe). Po tej agrafce półmaratończycy kończyli bieg, a maratończycy biegli jeszcze ku morzu (dalej niż w 2015) i wracali klasycznie przez mauzoleum Teodoryka, potem Porta Serrata na via di Roma na metę przy MAR. Co ciekawe w końcówce giro po centro storico biegacze dobiegali do Tomba di Dante, w 2015 roku zostawiali go za plecami. Pogoda dość średnia, w chwili startu 9 stopni C, co prawda słońce, które wszakże zaszło za chmury po około 30 minutach i już do końca było mocno pochmurno. Ale przecież to nie pogoda biega. A w dniu tym duma DCO miała swój dzień, oj miała. Gabrysia w odstępie kilku tygodni poprawiła swój samodzielny czas w półmaratonie. Jak się biega w pojedynkę nie trzeba tłumaczyć za wiele: potrzeba silnej głowy, uporu i odporności. Można być perfekcyjnie przygotowanym siłowo, szybkościowo, wytrzymałościowo etc., ale gdy po czternastym kilometrze serce idzie na caffe, nogi wybierają shopping, a płuca wylatują na Kanary, to głowa jest gwizdkiem, którego przeraźliwy jazgot woła z powrotem te wszystkie zagubione imponderabilia i nakazuje dalszą pracę. I tak to działa na długich dystansach. Waldek w zamierzeniu miał się zmieścić w czterech godzinach. Bezpieczny, spokojny plan. Przy czym ogólna dobra forma dnia i dyspozycja zatrzęsła planem, bo pierwsze kilometry zaczęły się w okolicach tempa 5:10, czyli pół minuty za szybko na kilometrze. Tempo utrzymało się takie, aż do końca ostatecznie lokując się na 5:06 średnio. To był knock-out, czas netto 3:35:24. Życiówka poprawiona o piętnaście minut. Znowu Rawenna okazała się tym miejscem na ziemi, gdzie wszystko wychodzi i wszystko jest piękne. Sukces sportowy, którego wagę trudno na razie szacować nie znając przyszłości. Wielkie brawa.

Gabrysia- 2:35:48/2:39:53

Waldek- 3:35:24/3:36:56

3. PZU Cracovia Półmaraton Królewski [48]

16 październik 2016, 21.097 km

Ostatni akord w partyturze korony półmaratonów polskich w roku 2016. Ostatnia połówka dla Waldka (zapewne) w tym roku. Ale jeżeli chodzi o słowo "ostatni" to wszystko. Wiadomo było, co czeka na DCO w Krakowie. Szybka trasa, dużo ludzi, deszcz, a w najlepszym razie granatowe zachmurzenia. No i wszystko sprawdziło się co do joty. Jako, że starty w deszczu to w tym roku warunki normalne, ten aspekt nie był istotny i bohaterem tej krótkiej rozprawki będą wyniki atletów z DCO i ogólne konkluzje organizacyjno-socjologiczne. Przede wszystkim Gabrysia, pozostając w takim typowym dla siebie dość niemrawym okresie jesiennym, pobiegła najszybszy samodzielny (bez pacemakingu reszty DCO) półmaraton w życiu! Pomimo, że twierdzi, że nienawidzi biegać w deszczu i woli wyższe temperatury, to fakty są takie, że rekord życiowy i dwa najlepsze wyniki samodzielne zrobiła w deszczu, a dwa najgorsze wyniki wcisnęły jej jakieś złośliwe krasnoludki w czerwcu, gdzie temperatura była hmm... wysoka. Koleżanko Gabrielo... jak zamierzasz to wytłumaczyć? OK. Natomiast Waldek sezon jesienny traktuje tak, jak każdy inny sezon, bo albo jest przed czymś ważnym, albo po jakimś ważnym biegu, ale zaraz ma inny ważny, a nawet ważniejszy, więc przecież nie może przestać trenować etc. i to pozwoliło mu ustanowić nowy rekord życiowy i teraz złamanie 1:35 to już naprawdę jest kwestia kilku sekund, czyli wstrzymanie oddechu na finiszu. On oczywiście upiera się, że ta życiówka go satysfakcjonuje, że przecież nie chodzi o życiówki, tylko o radość itp, ale nawija tak po każdej życiówce.

Organizacja w zasadzie bardzo dobra, tylko podobnie jak w zeszłym roku powrót do hali Tauron od Wawelu był ZDECYDOWANIE za wąski! Albo mniej uczestników, albo inna trasa. Tak na dłuższą metę biegać nie sposób. Druga sprawa to rzecz niezależna bezpośrednio od organizatorów, ale nie do końca. Chodzi o ustawianie się w strefach czasowych. Rozumiem, że jakiś lokalny, czy ogólnopolski, ogólnoeuropejski, czy międzygalaktyczny celebryta ustawia się w pierwszej linii biegnąc n.p. dwie godziny to zrozumiałe jest.  Ale jeżeli Waldek startuje ze strefy 1:30-1:40 i przez pierwsze 3-4 kilometry przepycha się łokciami do przodu biegnąc tempem pow. 5 min./km, to ma to wpływ na wynik finalny. W serii RunCzech n.p. do strefy wpuszczani są zawodnicy mający odpowiednie oznaczenie na pektoralu. Czyli da się. Sorry, ale to Czechy przecież.

Ale z pewnością jest to bardzo dobry i fajny bieg, i wieńczy koronę półmaratonów polskich, którą Waldek właśnie tam przypieczętował.

Gabrysia- 2:36:25

Waldek- 1:35:09

II Bieg Uniwersytetu Medycznego Wrocław [47]

1 październik 2016, 10 km i 1,2 km (bez atestu)

Drugie już biegowe święto Alma Mater zawodników DCO okraszone dodatkowo przez urodziny Gabrysi. Po zeszłorocznym sukcesie sportowo-światopoglądowym trudno było oczekiwać obniżki formy. I oczywiście takowej nie było. Klub wyruszył w mocnym (najmocniejszym) trzyosobowym składzie. Gabrysia z Waldkiem mieli w planach taki niewielki sprint w postaci dyszki (między nimi długodystansowcami tak się mówi), Marcin przyporządkowany wiekowo został do 1200 metrów. Trasa została trochę zmodyfikowana, mniej było kręcenia się po osiedlach domków jednorodzinnych, więcej długich asfaltowych prostych. Piękna pogoda, idealna do biegania okazała się także idealna do bicia rekordów życiowych. Waldkowi zabrakło czterech sekund do złamania 43 minuta i tak o ponad dwadzieścia sekund pobił dotychczasową życiówkę. Gabrysia pobiegła porządnie (to nie jest pora roku dla Gabrysi do życiówek), Marcin pobiegł porządnie również. Sukces sportowy był to niezaprzeczalny, aczkolwiek udział w przyszłorocznym BUMWRO nie jest raczej pewny, a to z powodu planowanego uczestnictwa w Rock'n'Roll Marathon w Lizbonie 1.10.2017, a więc dokładnie w urodziny Gabrysi. 

Gabrysia- 1:11:02

Waldek- 43:03

Marcin- 6:45

Mattoni HalfMarathon Usti n. Labem [46]

17 wrzesień 2016, 21.097 km

Klub rozpoczął tegoroczną serię RunCzech w Pradze wiosną, a teraz uroczyście zakończył w Usti n. Labem (żeby hiperpoprawnym upierdliwcom zadośćuczynić- w Ujściu nad Łabą). Cała idea RunCzech mile łechce biegowe podniebienia Gabrysi i Waldka już od roku 2015, gdy zasmakowali po raz pierwszy tego rodzaju uniesień, doznali wrażeń i poczuli, co poczuć porządny biegacz powinien. Od razu trzeba zaznaczyć, że w Usti tych uniesień było mniej, niż zwykle, a to z powodu deszczu, dość pospolitej architektury i braku noclegu w Usti, ponieważ klub potraktował zawody bez jakichś ceregieli. Wyszykowani, rozgrzani i gotowi nasi biegacze stanęli na ścieżce startowej kilka minut przed 15.00 i pozostało im rozpocząć kolejną połówkę tego roku dopingowani przez Bedricha Smetanę. Trasa była bardzo, baaardzo szybka. Zwycięzca zszedł poniżej godziny i biegnąc odpowiednio szybko, można było ich minąć biegnąc koło nich na wyciągnięcie ręki. Oni nie biegną, to pocisk ziemia-powietrze, tyle że pocisk zmienia-powietrze śmiga kilkadziesiąt sekund najwyżej, a oni tak ponad godzinę. Gabrysia trochę pechowo złapała w drugiej połowie biegu deszcz, który już jej nie zostawił do końca. Wynik dobry, lepszy, niż w Olomoucu, a o to chodziło. Waldek potraktował sprawę priorytetowo. Mając jeszcze w nogach moc i w głowie motywację po Wrocławiu, pobił swój rekord życiowy i zszedł poniżej 1:36. To naprawdę dobry wynik. Jeżeli chodzi o przyszłoroczny RunCzech, to zapisy już trwają, a gdzieniegdzie już są zamknięte.

Gabrysia- 2:43:21

Waldek- 1:35:49

PKO Bieg Rodzinny Wrocław [45]

11 wrzesień, 2.1 km, bez atestu

Otóż wtedy, właśnie wtedy świat biegowy wstrzymał oddech, normalnie w ślad za tym powinno się też zatrzymać krążenie, ale rzeczony biegowy świat jest krainą cudowną (poch. od cudów) i nieziemską, i przez rozgorączkowane umysły (także biegowe) przeleciał breaking news p.t.: "!!!!!! Marcin enters the race !!!!!". To oczywiście w obcym języku, niemniej jednak we wspólnej mowie znaczyło to mniej więcej: "!!!!! Nowy, wspaniały świat, pełen startówek, legginsów, spoconych koszulek, skarpetek zszarzałych od wielokrotnego użycia, czarnych pasków do czujnika HR, które z powodu soli są już białe; świat pełen pożółkłych liści, świeżych pąków, wiatru, głębokich kałuż i marznącej mżawki prosto w oczy, czyli nasz prywatny eden został zaszczycony przez juniora, który zechciał przyjąć prawdziwe biegowe buty firmy, co to zdrowe ciało, duch i takie tam, prawdziwy biegowy uniform i reprezentować barwy DCO po raz pierwszy !!!!!". I reprezentował godnie biegnąc razem z Gabrysią w biegu rodzinnym PKO, towarzyszącym główemu biegowi tego dnia we Wrocławiu. Brawo, brawo, brawo! Ze źródeł zbliżonych do kierownictwa DCO podobno zakontraktowano już kolejne starce na 1. października także we Wrocławiu. W roli głównej był Marcin, w drugiej roli głównej oczywiście Gabrysia, która ten start włączyła do przygotowań do trzeciego trymestru tego roku, czyli trzech połówek (Usti n. L., Kraków, Rawenna).

Gabrysia

Marcin

 

bez pomiaru czasu

34. PKO Wrocław Maraton [44]

11 wrzesień 2016, 42.195 km

Rok wcześniej jeszcze niedoświadczony DCO, skromny wówczas klub biegowy, zadebiutował we Wrocławiu na dystansie maratońskim. Teraz po około 365 dniach wysłannik DCO, czyli Waldek wrócił na miejsce pierworodnego, tak długiego biegu. Pytanie po co? Wszak definicja turystyki biegowej nieco inne brzmienie i sens niesie, niźli powrót na znane już miejsca. Ano po to, by na znajomej ziemi pobiec raz jeszcze i trofeum kolejne zdobyć w lepszym, szybszym i jeszcze bardziej przekonywującym stylu. Tak, by poprzedni nieco bojaźliwy występ zastąpić nowym, lśniącym i przerażająco szybkim. Ale już kilka dni przed zawodami wiadomo było, że temperatura 30 stopni będzie godnym przeciwnikiem. I była w istocie. Jednakowoż walka, jaką stoczył dzielny Waldek z ciskającymi upałem mackami tej przeraźliwej poczwary, jaką była pogoda, była w zasadzie dość równa i ostateczny wynik, nieco mniej niż 2 minuty gorszy od życiówki jest wynikiem absolutnie znakomitym. W takiej aurze, przy akompaniamencie licznie zorganizowanych szpitali polowych na trasie biegu, gdzie życie ludzkie i zdrowie ratowano, bieg naszego zawodnika oczarował... najbardziej samego zainteresowanego, co znalazło swój finał w tej krótkiej rozprawce

Waldek- 3:51:06

XVII Toyota Półmaraton Wałbrzych [43]

21 sierpień 2016, 21.097 km

Druga już wyprawa do szarego, smutnego miasta, gdzie weganie jedzą frytki z surówkami. W zeszłym roku też był to ostatni ważny test przed wrocławskim maratonem i wynik był mocno średni. Fakt, że półmaraton w Wałbrzychu do łatwych nie należy i widok maszerujących indywiduów na długim podbiegu w grupie biegnacej na ok. 1:40 nie jest czymś wyjątkowym. Podobnie jak w ubiegłym roku Gabrysia z ogromnym żalem zrezygnowała z uczestnictwa w tej ekscytującej biegowej przygodzie i przyszło Waldkowi w samotności zmierzyć się z dystansem. A dystans ów był sowicie polewany wodą od startu do mety, przy czym fundatorem tej atrakcji było niebo z przyległościami. Krótko mówiąc lało jak jasna cholera i trzeba było biec szybko, żeby szybciutko znaleźć się na mecie i móc się przebrać w suche rzeczy. No i było szybko. Bardzo szybko. Szybciej, niż na nocnym wrocławskim półmaratonie! Test przed maratonem we Wrocławiu został zdany i Waldek czym prędzej pojechał do kwatery głównej DCO, gdyż siedzibę klubu czekało malowanie.

Waldek- 1:38:49

VI Bieg na Jawornik, Złoty Stok [42]

10.07.2016, 10 km

Druga odsłona prawdziwie górskiego biegania. Druga odsłona paskudnego nałogu jakim jest zachłyst czymś nowym, co daje zupełnie świeże i nieskalane rutyną dążenie do kontynuacji tej zgubnej aktywności jaką jest bieganie. Zgubnej dlatego, że działa jak najlepsze służby specjalno-wywiadowcze. Infiltrują środowisko, przenikają do struktur, inkrustują we wladze, żeby na końcu przejąć wszystko już tylko dotknięciem ręki. Dziesięć kilometrów z rynku Złotego Stoku. Do czwartego kilometra raz mniej, raz bardziej bezlitosna wspinaczka, a potem... jazda w dół jak w parku rozrywki. Głównie szutr, żwir, trochę kamieni, kamyczków. Speedcrossy klubowe pokazały po co są i jak to robią, że biegnąc po każdym rodzaju nawierzchni można im ufać. Trzymają mocno i pewnie. Mocno i pewnie Dottori skończyli bieg, wpadli na mętę i dostali wersję vege jedzenia dla finiszerów. Można? Da się?

Gabrysia- 1:18:55

Waldek- 49:29

XIV Atlantis Bieg Opolski [41]

2 lipiec 2016, 10 km, bez atestu

Nowy sponsor tytularny, ale cała reszta została. Ciężko nazywać imprezę biegową na ponad 700 osób kameralną, chociaż ostatnie wojaże DCO po kilkutysięcznych biegach mogą trochę zdezorietnować przyrządy pomiarowe, to jednak tak ten bieg należy traktować z punktu widzenia zawodników Dottori. Przede wszystkim dlatego, że impreza odbywa się prawie w domu. Tam gdzie trzy, czy cztery razy w tygodniu mają miejsce oficjalne treningi Gabrysi i Waldka. To tak jakby jakby zaprosić biegaczy do siebie do salonu i biegac dokoła stołu. Po drugie odsetek znajomych twarzy jest wyraźnie wyższy właśnie tam. Bieg Opolski, pardon teraz to Atlantis Bieg Opolski, jest imprezą bardzo dobrą. Dlatego, że jest prawie w domu, jest więcej znajomych, jest bardzo dobrze zorganizowana, ma niewygórowaną opłate startową, ma zwykle jakąś myśl przewodnią (w tym roku zorganizowanie wyjazdu wakacyjnego dla kilkorga dzieci) i w końcu zawsze jest porządny pakiet startowy. To na to organizatorzy (podobno nie mają wpływu) to pogoda (najczęściej upiorny upał) i dość wolna trasa (aber nicht immer muss kaviar sein). W tym roku temperatura była nieco niższa, niż w zeszłym roku, ale i tak było piekło. Wyniki w zasadzie bardzo dobre. Członkowie DCO wpadli na metę z gracją, leciutko i prawie tanecznie dając licznym paparazzi okazję zrobienia niezwykle udanych zdjęć. Bo, do cholery, o to chyba chodzi w tym biznesie, o FUN!!!

Gabrysia- 1:11:24/1:12:06

Waldek- 45:12/44:53

Mattoni Olomouc Halfmarathon 2016 [40]

25 czerwiec 2016, 21.097 km

Kolejne już biegowe wydarzenie, jakim są dzieła RunCzech. Tym razem w Ołomuńcu. I jak to często bywa piękne miesza się z brzydkim, gorące z zimnym, gorzkie ze słodkim etc. Myślą inicjatywną były urodziny Waldka. Z tej racji obok zawodników DCO w mieście zameldowali się też Filip z Marcinem, czyli przyszli słynni biegacze. Zarząd zadbał o porządny hotel w środku miasta. natomiast historia zadbała o to, by to piękne miasto mogło pokazać to, co zobaczyć warto, a i poczuć, dotknąc i skosztować. Piękna renesansowo-barokowa architektura Górnego Rynku, liczne fontanny i w końcu sam bieg. Cóż o biegu? Był raczej okolicznościowy, jak załącznik do prezentu. Od początku plany starała się krzyżować pogoda. Startowi biegu zaplanowanemu na 19.00 towarzyszyły 32 stopnie. Po całym dniu aktywności wiadomo było, że klub nie biegnie po puchary i statuetki, tylko po radość z biegania. O tej radości to za chwilę, najpierw trochę faktów. Trasa bardzo ciekawa, jedna pętla, chociaż były ze trzy agrafki. Poprowadzona po częsci po centrum miasta, trochę po okolicy, jakiś pałac, ogródki działkowe, turyści z przyczepami itd. Aż do zachodu słońca było parno i gorąco. Organizatorzy powiększyli ofertę barową, a mieszkańcy ofertę polewania wodą z węży lub bezpośrednio z wiadra. Po zachodzie pogoda stała się normalna, ale wtedy skutecznie przegoniona została wspominana wcześniej radość. Zarówno pora, jak i pogoda skutecznie stłumiły obfite endorfiny i końcówka biegu (a w zasadzie tylko początek końcówki) przypominała  już walkę o przetrwanie. Wynik, rzecz jasna, przesunął się na mniej ważną pozycję. Jednakowoż jak zawsze zwyciężyła ambicja i DCO wbiegło na metę razem, jak zwykle, gdy biegną razem. Dość tylko powiedzieć, że urzędowym odgłosem tego biegu było wycie karetek pogotowia, albowiem ludzie mdleli jak muchy. Tym bardziej rośnie szacunek dla śmiałków z DCO, którzy, ani nie mdleli, ani nie musieli być przez nikogo wożeni. 

Gabrysia- 2:50:36/2:56:10

Waldek- 2:50:36/2:56:10

4. PKO Nocny Wrocław Półmaraton [39]

18 czerwiec 2016, 21.097 km

Na cztery edycje tego kultowego już biegu w dwóch jego edycjach w annałach zapisuje się Dottori Corrono Opole. Cokolwiek wyjątkowy był to bieg. Cały skład osobowy na starcie. Tym razem już nie firendly run, tylko każde w swojej strefie, a więc walka nie na żarty. Gabrysia w swojej atakowała dystans (pierwszy raz samotnie). Waldek w swojej rozochocony ostatnimi wynikami na tym dystansie z nadziejami na porządny występ. Bo przecież Nocny PKO Wroclaw to wyścigówka jak się patrzy, trasa stworzona do szaleństwa szybkości. Mając poniżej 1:38 z Kietrza, to.... po szybkiej kalkulacji mózgowie Waldka, już czekając w strefie, wypluwało jakieś cyfry 1:36, 1:35 czy cos takiego. Nie uspokoiło gorączki zawodów falowe puszczanie kolejnych stref. Ale w końcu poszło... Bardzo szybko na początku, ale bardzo szybko też okazało się też, że niespecjalnie zauważana przed startem parówka działa jak niewidzialna zasłona, przez którą trzeba się przedzierać, a nocne warunki, bardzo malownicze, to jednak w wyścigu też niespecjalnie pomagają. Bieg w saunie, tak można obrazowo opisać ten bieg. I chociaż oboje Dottori biegło co sił, uruchamiając rezerwy ambicji to wyniki nie były rekordowe. Ale, ale! Gabrysia może już śmiało powiedzieć, że dystans jest jej i ma go w garści bez żadnego supportu. To ostatnie stwierdzenie winduje jej biegowe dossier klasę wyżej. Waldek zrobił trzeci rezultat w swojej historii. Reasumując było to kolejne, jakże potrzebne, biegowe przeżycie; doświadczenie, bez których progres jest niemożliwy.

Gabrysia- 2:41:16

Waldek- 1:39:04

X Jubileuszowy Półmaraton Kietrz-Trebom-Gródczanki-Pietrowice Wielkie [38]

11 czerwiec 2016, 21.097 km km, bez atestu

Drugi raz w Kietrzu. Tym razem temperatura bardziej łaskawa. Inna też trochę trasa, chyba szybsza. Wobec powyższych faktów, Waldek reprezentujący swoim jestestwem Dottori, mógł się pokusić o poprawę wyniku z roku 2015. Tym bardziej, że ów rezultat nie był sepcjalnie wyśrubowany. I zaczął szybko, tempo w okolicach 4:30 czas jakiś trzymał, potem trochę zwolnił, żeby na koniec znowu przygazować. I już po przekroczeniu linii mety zegarek firmy z niebieskim trójkącikiem pokazał netto 1:37:55. Taki też rezultat został oficjalnie potwierdzony. A więc rekord (nieoficjalny) !!! To jakieś diabelskie szaleństwo. Najlepsze wyniki na połówkę w tym roku w Sobótce, Kietrzu i wcale niełatwym Opolu. Znowu sprawka Tuska.

Waldek- 1:37:55/1:38:02

XXIII Bieg na Ślężę, Sobótka [37]

28 maj 2016, 5 km

Pierwszy prawdziwy górski bieg w historii DCO i od razu z przytupem. To nie był truchcik po żwirowch dróżkach tylko walka o każdy metr na stromych podbiegach i pokonywanie powrzucanych na podłoże kamiennych głazów. Tylko 5000 metrów, ale przelicznik w stosunku do zwykłego płaskiego biegu był z pewnością liczbą naturalną większą od 3 (albo 4). Jaki by nie był, to DCO zmordowało tę gehennę i zameldowało się na mecie. Potem powstały wnioski jak sie przygotować i zaopatrzyć na tego rodzaju imprezy, bo że nie była to ostatnia taka to wiadomo. Wiadomo też, że są to zupełnie inne biegi i wymagają innego ekwipunku. Zatem do dzieła.

Gabrysia- 59:44

Waldek- 41:56

Runner's World Super Bieg Półmaraton Zdzieszowice [36]

22 maj 2016, 21.097 km

Czwarty z cyklu biegów górskich (połówka i dycha symultanicznie) Runner's World Super Bieg. Raczej mało górski, ale asfaltowy 5,5 kilometrowy stały podbieg na Górę Św. Anny, połączony z około 25 stopniami C, plus trzy (!!!) punkty wodne to raczej duży wyczyn. Plan był taki, aby dobiec porządnie w jakims rozsądnym czasie. Ale jak to często bywa emocje startowe rządzą się innymi zasadami. To był bardzo szybki bieg, czwarty wynik na połówkę w historii startów. A z ciekawostek: Waldek OPEN był ostatecznie 22., w tym 9. w kategorii wiekowej. W pierwszej 10. aż sześciu dżentelmenów M40. Jakieś nieoficjalne mistrzostwa czterdziestolatków?

Waldek- 1:42:43/1:43:04

VI Maraton Opolski (i VII półmaraton) [35]

8 maj 2016, 21.097 km

Dwie pętle po 10,5 kilometra w okolicach znanych od zawsze. Pierwszy udział w maratonie opolskim, ale na dystansie połowę krótszym. Jakoś zawsze tak jest, że maraton w Opolu koliduje z innymi imprezami biegowymi wyższej rangi i trzeba coś poświęcić żeby tutaj skończyć 42 kilomtery. Może kiedyś... W każdym razie Waldek honorowo i godnie reprezentował Dottori Corrono Opole przed własną publicznością. Z wykorzystaniem zająca na 1:40, wbrew pogodzie i wcale niełatwej trasie, ustanowiony został nowy rekord na połówkę. Gdyby trasa była szybsza, a pacemaker równie dobry to 1:35 byłoby zupełnie realne, a jest jeszcze kilka płaskich dłuższych biegów tego sezonu. Dobra impreza, świetna organizacja, kibice żywiołowi etc. Tylko na finiszu, tam gdzie trzeba się spiąć i biec ładnie, szybko i elegancko, organizator przewidział kostkę brukową taką przedwojenną i nierówną. Trudno wtedy biec szybko i elegancko. Ale poza tym bradzo porządny biegowy event.

 

Waldek- 1:38:09

XXXIV Krapkowicki Bieg Uliczny [34]

1 maj 2016, 10 km

Rok po roku udział w kryterium ulicznym w Krapkowicach znowu w sumie udany. Ciepło, słaby wiatr, trochę za ciepło. Początek bardzo ostry, taki na finalny czas w granicach 41 minut. Ale długi podbieg przed 8. kilometrem skutecznie zniweczył rekordowe zapędy Waldka, tempo zjechało do 4:30. Czas na mecie o trzy sekundy lepszy, niż w zeszłym roku. Do rekordu zabrakło tych sekund kilkanaście. Tradycyjnie już dobra organizacja zawodów, dzięki biegom dziecięcym impreza miała charakter familijny, do tego jeszcze wesołe miasteczko i fun jak się patrzy. Tylko oczekiwanie, że organizator przewidzi istnienie niejadaczy mięsa, zdało się płonne, ale... Kompetentna impreza biegowa i to już trzydziesta czwarta!

 

Waldek- 43:43/43:52

Orlen Warsaw Marathon [33]

24 kwiecień 2016, 42,195 km i 10 km

Rok 2016 DCO póki co zwykł święcić na dużych imprezach biegowych. Podobnie tym razem razem z kilkunastoma tysiącami biegaczy zasilił kolorowy szpaler (a w zasadzie dwa kolorowe szpalery) Orlen Warsaw Marathon 2016 w Warszawie oczywiście. Duży bieg ze srebrną odznaką IAAF, chociaż w tym roku zaciąg biegaczy zagranicznych z dobrymi aktualnymi wynikami jakoś nie zadziwiał. Gabrysia biegła 10 kilometrów jako kontrapunkt między półmaratonami pierwszej połowy tego roku. Waldek sobie zaplanował maraton. Zaplanował sobie, to miał. Miło niezmiernie pisać o kolejnej kolektywnej poprawie życiówek zawodników DCO. Gabrysia złamała 1:05:00, do której to granicy podchodziła już od jakiegoś czasu i w końcu się udało. Waldek natomiast złamał 3:50:00 na swoim biegu, co wydawało się niewyobrażalne, ale po przebiegu tego maratonu, nie jest to już takie niesamowite. Wielkie brawa i gratulacje.

 

Gabrysia- 1:04:59/1:10:52 

Waldek- 3:49:18/3:55:05

9. PKO Poznań Półmaraton [32]

17 kwiecień 2016, 21,097 km

Drugi już tegoroczny współny klubowy występ na dystansie półmaratońskim. Poznań przygotował niespecjalnie imponującą pogodę, czyli rzęsisty deszcz do 18. kilometra i nie dał okazji do podziwiania podobno najlepszej w Polsce publiczności, bo komu się chce nie będąc biegaczem wychodzić z domu na deszcz. Sportowo klub przyjął taktykę poprawy wyniku z Pragi, malo tylko kto się spodziewał, że poprawi aż o tyle- pięć minut! Złamane dwie i pół godziny kończące pierwszy etap startów Gabrysi w tym roku teraz wymagają nieco odpoczynku, po którym (no jeszcze dyszka w Warszawie za tydzień) klub zaczyna drugą część startową. Waldek musi sobie jeszcze tylko dygnąć maraton za 7 dni i też zakończy pierwszy okres startowy w 2016 roku.

 

Gabrysia-2:26:10/2:39:46

Waldek- 2:26:10/2:39:46