Blue suede shoes

April 10, 2016

Można sobie znaleźć towarzysza do biegania. Można biegać z kumplem, koleżanką, żoną, mężem, psem, rodzicem. Brak dowodów, póki co, na skuteczne bieganie z kotem, tchórzofretką, czy aligatorem. Ale już bieganie z sarną, zającem (takim prawdziwym, nie pacemakerem), czy kaczką układać się może w głowie w jakąś całość. Czyli innymi słowy towarzystwo można sobie zapewnić, tylko...

Koleżanka może w ostaniej chwili odpowiedzieć, iż właśnie jej ukochany postanowił wpaść z zajęć wcześniej, więc ona teraz na bieganie ma ochotę niewielką. Mąż uciekając wzrokiem może zacząć snuć epicką tyradę na temat takiego jednego piwka z kumplami w pracy, no najwyżej dwóch, więc on bardzo przeprasza, very sorry itd. Sarna z zającem wiadomo, czmychną gdzieś w las bez większego tłumaczenia się. I ostatecznie biegacz zostaje sam. I albo się z tym pogodzi i będzie biegać, albo się nie pogodzi i... tak czy siak będzie biegać, no bo co ma robić, jak już się ubrał? Po rozgrzewce i krótkim rozciąganiu zaczyna się bieg, najpierw spokojny. Taki spokojny może już zostać przez kolejne dwie, czy trzy godziny. Ale może być też tak, że po kilku kilometrach takiego spokojnego tupania biegacz ów włączy sobie jakąś przebieżkę, poleci tempówką, czy rozpocznie podbiegi, od których tętno będzie spiesznie dążyło do dwójki z przodu. Dążyło! Nie osiągało.

I czasem też trzeba będzie wpaść do kałuży, zrobić Tulupa na błocie, poślizgać się na żwirze, czy utknąć w zaspie śniegu. Towarzystwo wtedy jest tylko jedno.

 

To buty !!!

 

Kawałek tworzywa uformowany i połączony z innymi kawałkami w jedną całość. Idealny towarzysz rano przed wschodem słońca, gdy jakiś szatański podszept kazał wstać po ciemku, ubrać się i wyjść po to, by po około pół godziny biegu w końcu się obudzić i skonstatować smutny fakt nieuchronności przemiany materii, a w zasadzie jej ostatniego etapu, który onomatopeicznie można określić jako: MAMAA!  KUUPAAAA!!!!!! Równie niezastąpiony, gdy w temperaturze 40 stopni C każdy ruch okupiony jest odwodnieniem, a tutaj w programie napisane jest 15 kilometrów z rytmami i nie ma zmiłuj. Buty są różne. Bardziej amortyzowane, mniej amortyzowane, w związku z tym startowe, treningowe, dla pronatorów, supinatorów, neutralnych. Ilość technologii, które zachwalają producenci jest oczywiście ogromna, różne nazwy, skróty, symbole, które powodują, że w zasadzie buty będą biegać same za ciebie, a ty sobie możesz spokojnie z pilotem usiąść na kanapie. Rozmaite firmy od tych najbardzej popularnych, po te bardziej kultowe. Od tych najdroższych, po te, które dzielą koszyki w supermarketach z zestawami kluczy, albo klapkami.

Z butami odwrotnie jak z kobietami. Nie ma jednych, które dzielą z tobą dole i niedole. Trzeba mieć ich kilka. Podobnie jak z kobietami, mężczyzna musi co nieco doświadczyć, żeby się o tym przekonać. Trzeba mieć różne buty, biorąc jako kryterium specyfikę aktywności (trening, czy zawody), teren, pogodę, czy ewentualnie (czasem jest to najważniejsza cecha) wygląd i design.

 

Poniżej przedstawiam moją listę osobistą. Mój prywatny spis cudzołożnic, ułożony chronologicznie.

 

 

Nike Free Run 2

 

Księga Rodzaju mojego biegania. Pierwsze biegowe obuwie, zakupione tylko i wyłącznie na podstawie wyglądu. Równie dobrze, mogłyby być to zupełnie inne buty, tzn. takie jakie byłyby w asortymencie innego sklepu. Padło akurat na FreeRuny, które bardziej nadają się do niespiesznego zwiedzania Florencji, czy Olimpii. Biegało się w nich średnio, o ile biegło się po linii prostej. Każdy zakręt, a nawrót to już absolutnie, był skomplikowaną ewolucją jak manewry tankowcem. A to wszystko z powodu zerowej stabilności oraz ogromnej wręcz amortyzacji i miękkości. But można było zwinąć w kulkę przez nacięcia podeszwy w dwóch wymiarach. Od zakupu do pierwszego biegu minęły może dwie godziny. Nie powiem, że to był plan dalekosiężny, raczej eksperyment ile wytrzymam. Pierwsze marszobiegi, potem pełne biegi bez zatrzymywania się. Kilometr po kilometrze, w końcu pierwsze zawody na 5000 metrów. Ostatecznie przebiegły ze mną nieco ponad 220 kilometrów i ustąpiły miejsca innym. Ale pomimo ekspresowej emerytury są w dalszym ciągu najważniejszymi butami biegowymi dla mnie. Są i zawsze będą pierwszymi. Były, są i będą alegorią moich możliwości, hartu ducha, samozaparcia, chęci zmiany i dążności do doskonalenia się. Choć, już nie biegają, to są ze mną wszędzie. To one niosą mnie praktycznie na każdy wyjazd biegowy. To razem z nimi odbieram pakiety startowe, zwiedzam nowe miejsca, jeżdzę samochodem, czy nawet latam samolotem. Pomimo, że biegowo sa najgorsze na liście, to emocjonalnie są na samym jej szczycie.

 

 

Asics Cumulus 15

 

 

Pierwsze z rozmysłem i jasną koncepcją wybrane buty biegowe według zapotrzebowania, przeznaczenia i budowy anatomicznej stopy. Są uosobieniem okresu profesjonalizacji mojego biegania. W nich odbyły się pierwsze dłuższe biegi: 10 i 15 km. W nich też odbył się pierwszy w życiu bieg w okolice 30 km, jako przygotowanie do maratonu. Pozostają do tej pory aktywne, chociaż na liczniku mają już powyżej 1100 kilometrów. Bardzo dobrze amortyzowane 8/10, przy tym z dość dobrą stabilnością. Siłą rzeczy dynamika nie może być wybitna, ale jako buty stricte treningowe spisywały się znakomicie. Były drugimi z kolei czerwonymi butami (wszystkie następne już nie), a po przebiegnięciu tylu kilometrów ich uroda nadszarpnięta jest zaledwie nieznacznie. Z pewnością nie są jeszcze emerytami, ale czas biegnie nieubłaganie i w końcu trzeba się będzie z nimi pożegnać zwłaszcza, że w arsenale są już bezpośredni następcy.

 

 

Nike Pegasus 30 Shield

 

 

Buty- pomnik. Wodoodporna wersja legendy obuwia biegowego. Zakupiona na potrzeby kiepskich warunków atmosferycznych, jak również do biegania crossowego. Tymczasem stały się gigantami mojego arsenału. 1660 kilomterów przebiegu. W zasadzie większość jesieni, cała zima i przedwiośnie to ich sezon. Biegały po wodzie, śniegu, lodzie, błocie, kałużach, wertepach, kamieniach, żwirze i gdzie kto chce. Ani razu nie przemokły. Bez wdawania się w szczegóły techniki Shield firmy Nike, chodzi o to, że powleczone są drobną siatką, taką którą moja babcia używała do suszeniai jabłek. Delikatna o drobnych oczkach. Wydawało by się, że  nie stanowi to przeszkody dla wody, ale okazało się inaczej. Technicznie to buty treningowe o dobrej amortyzacji, za to imponowała zawsze ich dynamika. W nich pierwszy raz padł dystans półmaratoński. Oględziny zewnetrzne, nie licząc brudu, nie potwierdzają przebiegu tych butów, jak również amortyzacja w dalszym ciągu jest jeszcze nie najgorsza. To nakazuje mi trzymanie ich w odwodzie, pomimo że według producenta nadają się już tylko do spacerowania po lesie. Ale te buty to woły robocze i bynajmniej jeszcze nie zajechane.

 

 

New Balance 890v4 Boston

 

Jeżeli Nike Shieldy to specjalistyczny ciągnik Ferguson Ursus, to Bostony są czerwoniutkim Ferrari Enzo. Prawdziwe wyścigówki, o minimalnej wadze i sprawiające wrażenie delikatnych (zresztą słusznie). Kupione na debiut półmaratoński w Pradze 2015. Wersja 890v4 przygotowana na cześć maratonu w Bostonie. W sumie przebiegły prawie 350 kilometrów na rozmaitych zawodach od 5 do 42 kilometrów. Nie tylko były współautorem debiutu półmaratońskiego, ale także maratońskiego i do tej pory są najczęstszym butem startowym w mojej gromadce. Bardzo lekkie, o zmniejszonej amortyzacji i atomowej dynamice. Mogłyby być nieco stabilniejsze ale najważniejsze jest to, że pasują idealnie do budowy anatomicznej mojej stopy jak żadne inne buty. Od pierwszego założenia do ostatniego startu nie było żadnego problemu, może tylko po debiucie maratońskim we Wrocławiu 2015 był krótkotrwały ból zewnętrznego brzegu lewej stopy. Jak na swoje 350 kilometrów wyglądają już na potwornie rozklepane, ale wciąż nadają się do biegania, choć może niekoniecznie na długie biegi.

 

 

Adidas Energy Boost druga generacja

 

Kometa pod tytułem Adidas Energy Boost ma dość złożone pochodzenia. Przełom roku 2014 i 2015 upłynął pod znakiem plebisyctów butów biegowych i tam wysokie pozycje zajmowały te buty z trzema paskami i podeszwą ze styropianu (Boost). Buty, które przy bardzo dobrej amortyzacji cechowały się jeszcze wyjątkową dynamiką. Mój filtr dotyczący takich newsów załamał się w Pradze podczas Sportisimo Półmaratonu, gdzie wchodziła już druga generacja Energy Boostów oraz zupełna wtedy nowość Ultra Boosty, w których dynamika wg specyfikacji była jeszcze wyższa, niż w Energy. Widok ściany zapełnionej nowymi Boostami ostatecznie skruszył moje opory i jakiś czas później kupiłem drugą generację Energy Boostów. Buty, które nabyłem wybiegały nieco ponad 50 kilometrów. Przede wszystkim dlatego, że były niewygodne, za ciasne i stąd bieg kończył się bólem łydek. Ale nie były za małe z powodu mojej ignorancji na etapie wyboru numeru. Kupowałem fachowo, tzn. zastosowałem klasyczną procedurę mierzenia długości stopy, dołożyłem do tego nawet 1,5 centymetra, w efekcie wkładka była dłuższa, niż w innych moich butach, a adidasy były za ciasne. Z żalem odłożyłem je do celów rowerowych, bo jakoś mi tak pasowało i kupiłem numer większe, ale pierwszą generację, bo drugiej nie mogłem już znaleźć. Faktycznie „dwójki“ służą mi teraz do jazdy rowerem, trochę rzadziej do chodzenia. Nie można im odmówić szyku i prawdziwej sportowej elegancji. Gdybym kiedyś musiał ubrać buty biegowe do garnituru, ubrałbym je.

 

 

Adidas Energy Boost pierwsza generacja

 

Przyszły pocztą i jeszcze tego samego dnia poszedłem na trening i były za ciasne. OK, były dość mocno zawiązane, ale nawet po maksymalnym poluzowaniu sznurówek nie były komfortowe. Bardziej ascetyczne w designie od dwójek. Muszę przyznać, że wyglądały też bardziej kultowo. Podobnie jak dwójki posiadały bardzo wysoki skok pięta-palce, co powodowało niewykle dynamiczne uczucie przetaczania stopy. Musiałem się tego nauczyć, ale pod warunkiem lekkiego zawiązania, spisywały się dobrze. Wybiegały prawie 750 kilometrów i to one były kapłankami koszmarnego lata 2015 z upałami powyżej 40 stopni. W końcu to one biegały ze mną w Toskanii po górkach w upale, to one są ojcami/matkami chrzestnymi BPS-u do pierwszego maratonu. Chociaż zdecydowanie rzadziej, to jednak ciągle są w użyciu i ich czas się jeszcze nie skończył. Jednakowoż firma adidas, a w zasadzie forma do tworzenia obuwia nie pasuje na moją nogę i nie ma na to żadnej rady.

 

 

Asics Cumulus 16

 

W imię: lepsze jest wrogiem dobrego, Cumulusy 16 pojawiły się jako naturalna kontynuacja, jak nowy Avensis zastępuje starego (jeżeli oczywiście Avensis się komukolwiek podoba). W zasadzie to tylko nowsza wersja poprzedniego, te same technologie, tylko inny kolor- zielony. Nowe, a już przebiegły ponad 210 kilometrów. Z uwagi na krótki staż nie zdążyły się jeszcze niczym szczególnym zasłużyć i w gruncie rzeczy zachowują sią jak rzeczony Avensis, czyli trochę nudno, ale za to bez kłopotów.

 

 

New Balance 890v4 Roma

 

To po prostu wersja tych samych 890v4, tyle że kolorystyka i ornamenty związane z maratonem w Rzymie. Nie ma w nich nic, czego nie powiedziałbym o Bostonach. Nawet podobnie jak one zadebiutowały na Sportisio Prague HalfMarathon. W odróżnieniu od Adidasów, buty prawie szyte na moją nogę.

 

 

 

Tak wygląda rodzina moich butów biegowych. Są w niej jednostki wybitne, są też dzieci specjalnej troski. Ale wszystkie kocham tak samo i oddaję im to, co oddać powinienem.

 

 

 

 

Please reload

Featured Posts

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Recent Posts

April 10, 2016

September 15, 2015

Please reload

Archive
Please reload

Search By Tags
Please reload

Follow Us
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square