Maratona Internazionale Ravenna Citta D'Arte 2015- a view to a kill

November 14, 2015

 

 

To jest bazylika Santa Maria in Porto:

 

 

Potężna budowla została wzniesiona w XVI wieku, chociaż barokowa fasada ukończona dopiero w XVIII wieku przez Camillo Morigię. Stojąc na schodach do głównych drzwi plecami do nich patrzymy na zachód. W odległości około 100 metrów biegnie w kierunku północ-południe via di Roma. Ciut na lewo (czyli w stronę południa) organizatorzy postawili solidną, stałą konstrukcję bramy startowej z trzema dmuchanymi kurtynami. A na jezdni rozciągnięto dwa niebieskie dywanowe pasy.  Patrząc w lewo, ale bliżej, stoi przyległy, czworokątny rozległy bydynek, w którym mieści się Museo D’Arte della Citta di Ravenna (czyli muzeum sztuki, MAR). A przy północno-zachodnim wierzchołku stoi to:

 

 

 

Odwracając wzrok w prawo i podchodząc do via di Roma idziemy nią, aż osiągamy numer budynku 45. To hotel Palazzo Bezzi:

 

 

 

Proszę Państwa!!

 

Witamy w Rawennie, perle północy Włoch. Najbardziej bizantyjskim miejscu we Włoszech. Mieście, które zanim zostało zdobyte przez bizantyjskiego Belizariusza pozostawało we władaniu ariańskich Ostrogotów, a jeszcze przedtem przez Umbrów, Etrusków i Senononów, a potem w rękach Cesarstwa Rzymskiego. Z tego czasu pochodzą słynne wczesnochrześcijańskie mozaiki.

 

Witamy w mieście, które kipi wydarzeniami kulturalnymi, muzycznymi, kulinarnymi i architektonicznymi. W mieście, w którym muzea są żywe. W mieście sztuki.

 

W mieście, które 8 listopada 2015 roku zorganizowało swój 17. międzynarodowy maraton.

 

Zanim późnym wieczorem w piątek wyszliśmy z dworca kolejowego w Rawennie (Stazione Ferroviaria) wiele rzeczy musiało się wydarzyć, jak i dużo czasu musiało upłynąć.

 

Dwa lata przedtem w 2013 przyjechaliśmy do tego miasta na trzy dni kończąc urlop letni w Toskanii. Wówczas mieszkaliśmy w jakimś koszmarnym hotelu w dzielnicy, którą można nazwać rolniczo-hurtowniano-dziadowską. Wtedy celem przyjazdu była rozrywka w Mirabilandii i Mirabeach. Przy okazji znaleźliśmy dla siebie restaurację Radicchio Rosso na via Stradone, która przez następne dwa lata zdążyła nabrać szlachetnej patyny kultowości. Przez myśl mi nie przeszło, że wystarczy podejść lub podjechać nieco do centrum żeby zobaczyć to, co w Rawennie zobaczyć można.

 

Przypadkiem wiosną 2015 podczas przerzucania stron o bieganiu natknąłem się na informację o maratonie w Rawennie. Chwilę później zobaczyłem okolicznościowy, mozaikowy medal... i kompletnie zgłupiałem, albowiem zdecydowałem, że to będzie mój pierwszy maraton. To był taki czas, w którym na zawodach przebiegłem dopiero jeden półmaraton! Ale nie było rady. Zaczął się gorączkowy proces rejestracji. Ponownie składam podziękowania Markowi Dworskiemu i Zygmuntowi Brożkowi za pomoc i dobre rady. Zapisałem się do Federazione Italiana della Atletica Leggera i poszło. Jeszcze prawie przemocą i gwałtem namówiłem Gabrysię do wzięcia udziału w imprezie. Wybrała 10,5 kilometrowy bieg Good Morning Ravenna. I wszystko zostało zapłacone, załatwione i ustalone. Teraz trzeba było tylko ćwiczyć. Rawenna miała być debiutem maratońskim, więc żeby dobić się bardziej zdecydowałem się na pierwszy maraton na Wrocław dwa miesiące wcześniej, czym przesunąłem Rawennę na pozycję numer 2.

 

Tym sprytnym posunięciem zdjąłem nieco ciężaru z Rawenny i tym sposobem do usilnego rozmyślania o niej wróciłem dopiero po moim faktycznym debiucie we Wrocławiu. Hotel był już dawno wybrany i zapłacony za dwie noce od piątku do niedzieli (Palazzo Bezzi). Plan był taki, że jedziemy samochodem i w niedzielę, kilka godzin po biegu wracamy. Słaba to była koncepcja i ostatecznie stanęło na samolocie. Oboje okupiliśmy to ciężkim uszczerbkiem zdrowia psychicznego. Jeszcze kilka dni przed naszym wylotem spadł samolot rosyjskich linii na półwysep Synaj, potem inny w Sudanie no i... decyzja została utrzymana: lecimy z Katowic do Bolonii. Na miejscu wypożyczamy Fiata 500 i jest ekstra. Bliższa inspekcja internetu nie potwierdziła obiecującej prognozy w sprawie samochodu (opłaty, blokada środków na karcie itd). Rzut oka na GoogleMaps ujawnił w rzeczy samej dość istotny fakt, że dworzec kolejowy dzieli od naszego hotelu około 600 metrów. Drugi rzut oka potwierdził cenę biletu kolejowego 7 euro. Sprawa była wygrana! Z lotniska szybko na dworzec i za 14 euro wygodnie pociągiem prawie pod hotel. Trzeba było tylko jeszcze dobookować jedną noc w hotelu i byliśmy gotowi!

 

DZIEŃ PIERWSZY

 

W końcu po wielu tygodniach treningu, z przerwą na infekcję, spakowani, wytrenowani, w cholerę zestresowani nieśmiało, ale stanowczo wkroczyliśmy do terminalu lotniska w Katowicach... i spotkało nas dwu godzinne opóźnienie z powodu mgły. No cóż, mówili przyjaciele: jak kłopoty to Mojito. No i było takie jedno...Mojito. Potem lot, potem pędem do taksówki na dworzec. Potem kupiliśmy bilety w automacie, a potem trzeba było poczekać godzinę. Ale to była godzina spędzona w towarzystwie espresso (w zasadzie due espressi), Margherity i kanapki. Tak się fajnie siedziało, że prawie spóźniliśmy się na pociąg.

 

 

 

I w końcu koło 23 z hakiem wyszliśmy w Rawennie w środek ciepłej nocy. Pokój w Palazzo Bezzi stylowy i bardzo gustowny.

Tak się zakończył pierwszy dzień. Podróż zaczęła się o 14.30 w Opolu, skończyła o 23.30 w Rawennie. Minęło 9 godzin. Gdybyśmy jechali samochodem wjeżdżali byśmy pewnie dopiero do Włoch, a jedno z nas miałoby się gorzej.

 

DZIEŃ DRUGI

 

Rano pobudka spontaniczna, tak żeby zdążyć na śniadanie. I od razu zaskoczenie... nie tylko na słodko! Normalne, pełnowymiarowe śniadanie. Kelner proponuje kawę, nie taką z automatu. Potem spacer w okolicę Expo na Largo Firenze, czyli biuro zawodów.

 

 

 

Pakiety raczej skromne, koszulki Diadora bardzo efektowne. Stoisk niewiele, bez rewelacji, bez ceregieli. W końcu chodzi o bieganie. Pozbieraliśmy wszystkie fanty, które były do wzięcia i zanieśliśmy siatki do pokoju. A potem z powrotem do miasta uzupełnić niedobory kawy i na lunch. Pobyt w Tomba di Dante, czyli grobowcu Dantego na chwilę pozwolił na przywołanie wspomnień z Inferno i tak przygotowani usiedliśmy przy stoliku restauracji Raffa Giovanni na Piazza del Poppolo.

 

 

 

Tam oczywiście obowiązkowo makaron. Tam też oczywiście jakieś natręctwa dotyczące bólu gardła i tam też pierwszy raz pojawiła się refleksja zagłuszana do tej pory skutecznie przez inne wydarzenia pod tytułem: cholera, mam jutro maraton! Opadł trochę wysoko noszony nos i zaczęły się regularne nerwy. Jak przed klasówką z biologii. W Coopie na via di Roma zakupiliśmy zapas wody... i małe Barolo. Nie mieliśmy korkociągu. Okazało się, że nie miały go także tamtejsze sklepy, więc Barolo stoi teraz w kuchni w domu. I czeka.

Po południu krótka przebieżka, bardziej żeby się rozruszać. A wieczorem zażyczyliśmy karetę (biały Chevrolet, tak, tak...), by powiozła nas do Radicchio Rosso. Wiele się tam nie zmieniło, no może poza naszym jadłospisem. Okazało się, że wybór jedzenia trochę dłużej trwa, ale coś będzie. Ja makaron (no bo co innego?). Gabrysia sałatka. Co? Że deser, czy był? No...był, słodki. I kawa też.

 

 

 

Przed spaniem budziki na jakąś paranoidalną 6.00. Start o 9.30 rano.

 

DZIEŃ TRZECI

 

Pobudka o jakiejś nieludzkiej porze i zejście na śniadanie. Klasycznie bułka, białe pieczywo, dżemy, miód itd. Potem liturgia słowa na temat: co ubrać, jaki kolor koszulki, pas na żele pod- czy na koszulce, czapka?, może bandana, okulary! Tak, tak okulary. W końcu około 9.00 wychodzimy na via di Roma i już jest tłum. Praktycznie wyszliśmy na ścieżkę startu. Trochę potruchtaliśmy. Ja trochę, bo do maratonu nie trzeba, aż tak bardzo, tym bardziej, że po śniadaniu był jeszcze mały spacer w poszukiwaniu kolczyków. Gabrysia trochę, bo u niej rozgrzewka zawsze taka malutka.

Ustawiamy się wszyscy razem: 42 km, 21 km, Good Morning Ravenna 10,5 km, urban walking 5 km i bieg rodzinny Conad 2 km (ten ostatni startował na via Canadesi). Potem się okazało, że na ścieżce startowej ustawiło się 6575 osób.

Bieg składał się z dwóch pętli po 10,5 kilometra przez centro storico miasta i tereny parkowe. Po tych dwóch pętlach (21 km) zostawali już tylko maratończycy, którzy długą agrafką biegli w stronę morza i wracali na metę na via di Roma przy MAR..

Nasz plan jest prosty. Startujemy i biegniemy razem. Gabrysia atakuje swoją „10“, ja spokojnie wchodzę w bieg. Jednakże już w okolicach 5. kilometra uzmysławiam sobie, że lecimy w okolice jej życiówki i w zasadzie biegniemy tylko nieznacznie wolniej, niż pierwsze kilometry mojego debiutu we Wrocławiu. To trochę zmienia. Bo mój własny, prywatny plan był ambitny: po dyszce z Gabrysią, którą robimy w tempie około 7:30, pozostałe 30 kilometrów robię około 6:00. Tymczasem ona kończy z tempem dużo poniżej 7:00 i to mi rozwala cały plan. A brak jasnego planu na maraton do droga do nikąd.

Ale zanim skończyło się pierwsze giro... Najpierw ulicami miasta, okrążamy muzeum sztuki i Guardini Pubblici, potem via Alberoni do via di Roma, mijamy bazylikę św. Apolinarego (wpis do listy Unesco), po kilku zakrętach wbieg na wiadukt, potem długa prosta via Darsena. Nawrót i mijamy Canale Candiano. Tam nad kanałem zespół muzyczny. Przy pierwszym giro „Time“ Floydów, przy drugim „VooDoo Chile“ Heńka, a przy ostatnim „Zombie“ Cranberries. Po minięciu wody ostry wjazd w dół do parku Teodoryka (władcy Ostrogotów) z jego dumnym mauzoleum (Unesco). W parku wodopój, izotonikopój i jedzenie (banany, ciastka, pomarańcze). Powrót do miasta przez wiadukt. Przez Porta Serrata biegniemy via di Roma. Tam stoisko tamtejszego klubu biegowego Zanzibar. Na 40. kilometrze będą proponować darmowe Mojito. Mijamy baptysterium Arian (też Unesco) i ślizgamy się po obwodzie Piazza del Poppolo. Następne uliczki, następne miejsca wpisane do listy Unesco: Mausoleo di Galla Placidia, Basilica San Vitale, Katedra, Grobowiec Dantego (dwie ostatnie spoza listy). W okolicach Tomba di Dante wodopój. Do mety pierwszego okrążenia już tylko prawie kilometr.

 

W celu dodania dramatyzmu zastosujemy teraz środek stylistyczny, czyli cytat ze mnie samego:

 

(...) Wciągam pierwszy żel przy Dantem. Gorączkowe rozważania co dalej robić i jak szybko? Tymczasem Gabrysia kończy bieg, a ja odruchowo przyspieszam i po dwóch kolejnych kilometrach mam tempo 5:30, czyli za chwilę będzie zgon. Zwalniam więc trochę, ale nie do końca. Trzymając się trochę poniżej 6:00 dochodzę baloniki 4:30 w parku Teodoryka. Teraz wyluzowałem się już całkowicie. Mogę tak z nimi do końca. Potem trochę przyspieszę żeby złamać 04:29:50, czyli wynik z Wrocławia. I tak biegłem z tymi balonikami jakieś półtora kilometra. Myśli popłynęły gdzieś daleko, tempo zbliżyło mi się do neutralnego i zauważyłem, że baloniki są z tyłu. Hmm...skoro tak, to należy wykorzystać tę moc i lecieć dalej poniżej 6:00. Na półmetku było 2:20. Jeszcze na 18. kilometrze poszedł kolejny żel i na agrafkę wyruszyłem z tempem grubo poniżej 6:00. Po kilku uliczkach asfalt wyprowadził na większą arterię łączącą miasto z lido i zaczęły się kłopoty. Po pierwsze to już był otwarty teren i nieco ponad 20 stopni zaczęło przeszkadzać. Po drugie zaczęło się nudne połykanie kilometrów jednolitego asfaltu bez niczego ciekawego, co mogłoby stanowić jakąś zachętę do biegu. Co gorsza stawka rozrzedziła się mocno i praktycznie biegłem sam mając kompanów w odległości kilkudziesięciu metrów. W okolicy 26 kilometra puste opakowanie po trzecim żelu wylądowało w koszu. Z niepokojem zauważyłem, że mojego własnego glikogenu nie było praktycznie już wcale, skoro po strzale węglowodanów z tubki dostawałem jakby nowych sił. Symboliczny 30. kilometr w końcu nadszedł, potem kolejne i w końcu agrafka zaczęła się zawijać z powrotem w stronę miasta. Odzyskałem pewność siebie przez to, że z powrotem ogarniałem przestrzennie trasę i potrafiłem oceniać właściwie proporcje dystansu. Czwarty żel chyba na 33., czy 34. Potem zaczęły się mentalne manewry, czyli odliczanie pozostałego dystansu i porównywanie go z innymi znanymi odległościami. Wszystko po to by odwrócić uwagę od bólu barków. Mniej więcej od połowy biegu zmagałem sie z bólem obręczy barkowej. Coś, czego długo nie było. Ale nie było czasu i osiągnęliśmy z powrotem znane rewiry z dwóch pierwszych kółek. Nad kanałem załapałem się na refren „Zombie“... to lepsze niż węglowodany, tylko od machania rękami w takt refrenu znowu przeszył mnie ból barków. Ale zostały trzy kilometry. W parku Teodoryka trzyosobowy zespół w stylu country i bluegrass. Jeszcze dwa kilometry! Ostatni! Odmawiam Mojito od ekipy Zanzibaru. Widzę już metę i dokonuję wielkiego postanowienia: dzisiaj przekraczając linię mety nie będę patrzył na zegarek. Wykonam gest zwycięstwa i podniosę ręce do góry! I tak zrobiłem i skończył się bieg. Zdążyłem jeszcze usłyszeć jak spiker wymawia moje nazwisko i to wyraźnie, i poprawnie. A na mecie stała już Gabrysia (...)

 

 

 

Trochę się porozciągałem, pochodziliśmy po okolicy, trochę pogadaliśmy z rodakami i poszliśmy do hotelu. Tak po prostu.

 

Uwagi:

  1. około trzydziestu biegaczy z Polski

  2. dziękuję Bogusiowi Szendzielorzowi za dodanie otuchy na drugm giro

  3. dziękuję Gabrysi, że czekała na mecie

  4. wyrażam szacunek dla biegaczy z drugiej połowy stawki za to, że nie szli (szło niewiele osób)

  5. Gabrysia 1:06:00, Waldek 4:19:55

  6. o mozaikowych medalu powiedziano już wszystko, ale jeszcze warto dodać, że jest piękny

 

 

 

 

Wczesnym wieczorem, po koniecznych ablucjach, po poleżeniu w łóżku i chwili lenistwa udaliśmy się na poszukiwanie odpowiedniej jadłodajni, żeby nadrobić straty energetyczne. I stanęło na Taberna Boaria na via Mentana 33. Rzekłbym, lokal ekskluzywny, w estetyce nieco rustykalnej o zabarwieniu ekologicznym. Tamteż, ugoszczono nas wyjątkowo szykownie i podano

  • Sformato di verdura con vellutata di formaggi e tartufo.

 

Był to mały suflecik warzywy kształtu panna cotty polany lekkim sosem serowym z kilkoma plasterkami trufli. Wyglądało to mniej więcej tak, tyle że zamiast listków były rzeczone trufle.

 

 

Co by nie mówić, literatura okołomaratońska przewiduje nieco inne menu po biegu, ale jeżeli będę miał okazję do powtórki sformato di verdura, to bardzo chętnie.

 

 

Fot. powyżej przedstawia jedną z sal restauracji. "Nasz" stolik drugi po lewej. 

 

Trudno to wszystko dokładnie teraz zrozumieć, ale o 21.45 dumni członkowie Dottori Corrono Opole zalegli w łóżku i zasnęli.

 

DZIEŃ CZWARTY

 

Powrót. Pociąg do Bolonii. Lotnisko. Lot. Parking. Samochód. Dom. Jutro do pracy.... Miał być film przygodowy, a zrobiło się kino moralnego niepokoju.

 

Ale jest światełko w tunelu i iskierka nadziei. Jak tylko organizatorzy podadzą datę Maratona Internazionale Ravenna Citta D’Arte 2016 natychmiast się zapisujemy i odwiedzimy kolejny raz to piękne miasto.

 

 

P.S. w sprawie kolczyków...

Organizatorzy za pośrednictwem oficjalnej strony i FB awizowali możliwość kupienia kolczyków, będących miniaturami medalu biegu głównego. Szukaliśmy i nie było hmmm...

 

 

 

 

 

 

Please reload

Featured Posts

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Recent Posts

April 10, 2016

September 15, 2015

Please reload

Archive
Please reload

Search By Tags