Anatomia morderstwa

September 15, 2015

W końcu zebrałem myśli i dopiero teraz spokojnie mogę przedstawić moją drogę do pokonania pierwszego dystansu maratońskiego w życiu.

 

Rozdział I- WIZJA

 

W zasadzie, no... może nie od samego początku, ale już od dość wczesnego okresu mojego biegania kwestia tego dystansu materializowała się mniej lub bardziej konkretnie. Początkowo, jako majak, czy zjawa, później w trakcie zwiększania kilometrarzu i ogólnej wydolności już jako bardziej prawdopodobna koncepcja, coraz mniej niemożliwa. Małym krokiem było wejście na etap przebięgnięcia 10 kilometrów za jednym razem, potem 15 km itd. Drugim krokiem było zapisanie się na półmaraton Sportisimo w Pradze na III/2015, a stało się we wrześniu, czy październiku 2014, gdy najdłuższym dystansem było nieco ponad 15 km. Po Nowym Roku 2014/15 zbliżałem się do końca pierwszego 10-tygodniowego programu treningowego do 21.097 km na czas 2:00:00 i miałem już przebięgnięty taki dystans przynajmniej raz. I wiedziałem, że następnym etapem będzie coś więcej.

 

Rozdział II- DECYZJA

 

To był w zasadzie impuls. Na jakimś dyżurze na stronie maratonypolskie.pl zapisałem się na maraton wrocławski- 33. Wrocław Maraton (wtedy jeszcze sponsorem tytularnym nie było PKO). I klamka zapadła.

 

Rozdział III- DOJRZEWANIE

 

Decyzja zapadła, ale w pierwszym okresie zmieniło się tylko, że czułem i widziałem wiszący nad sobą topór. Pierwszy miesiąc straciłem na wałkowanie w głowie i uświadamianie sobie w co wdepnąłem. Jednocześnie rozpocząłem drugi program pod półmaraton, tym razem na 1:45:00. W Pradze było 01:48:45 i zstąpiła jasność z przestworzy pod tytułem „jeśli żyję po połówce, to całkę też przeżyję“. Ale to jeszcze były myśli, które jak dym rozwiewały się na wietrze i odsłaniały ogrom rzeczy do zrobienia.

 

ROZDIAŁ IV- PRACA

 

Marzec i kwiecień 2015, łącznie z majem to była ciężka praca. Miesięcznie około 300 kilometrów. Rozpoczęty trzeci program pod półmaraton, znowu na 1:45:00. Półmaratony w Opolu (nie doszedł do skutku, z powodu kolizji terminów), Kietrzu, Wrocławiu. Mniej więcej na wiosnę włączyłem ćwiczenia siłowe, dość intensywne, po każdej aktywności, czy to biegowej, czy po tenisie. Tzw. deski różnego rodzaju, brzuch po jakimś czasie spowodowały, że nie miałem już bólów obręczy barkowej, które dotykały mnie dość często głównie po 15. kilometrze. Dystansów półmaratońskich naliczyłem powyżej 15, a i ze dwa razy pojechałem trzydziestką (i przeżyłem). I wtedy poczułem, że mogę. Na wiosnę pierwszy raz zrobiłem 30 kilometrów. Przestałem biec, jak zegarek zadrgał wyznaczając przebiegnięty dystans. Szybko zacząłem znowu truchtać, żeby się wychłodzić i zacząłem wizualizować dalszy bieg. Chociaż bolały mnie plecy i trochę nogi, to wizja jeszcze 12 km była żywa, jasna i klarowna- mógłbym cholera, mógłbym.

 

ROZDZIAŁ V- KOMPLIKACJE

 

Na przełomie maja i czerwca sprawy stały na bardzo dobrym poziomie. Wyniki, biorąc pod uwagę ciągle śrubowane życiówki, poprawiały się. Było poczucie ogromnej mocy, czasem nawet wszechmocy. To wtedy postanowiłem, że 8. listopada pojedziemy do Rawenny na maraton, a Gabrysia na towarzyszący bieg na 10 km. Piękny, mozaikowy medal też był jednym z powodów takiej decyzji. Na czerwiec zaplanowałem tylko dwa półmaratony. W końcu w okolicy połowy miesiąca miał się rozpocząć BPS przed Wrocławiem, do którego przygotowałem starannie szczegółowy rozpis pod siebie. Taki mocny cykl przygotowawczy, z podbiegami, tempówkami, przebieżkami i co ważne długimi wybieganiami.

I w tym czerwcu zaczęły się kłopoty z bólem okolicy prawej pachwiny. Początkowo niewielkie, nie przeszkadzające w treningach, ale potem już silniejsze. W sierpniu i wrześniu 2014 miałem podobne objawy. Z Bartkiem zdiagnozowaliśmy to jako naciągnięcie mięśnia smukłego i ostatecznie wyleczyliśmy. Tym razem wyglądało to podobnie, ale byliśmy już mądrzejsi i diagnoza brzmiała: naciągnięcie iliopsoasa, czyli mięśnia biodrowo-lędźwiowego. Wredna rzecz, mogłem robić wszystko inne, czyli jeździć na rowerze, czy pływać, ale kiepsko się biegało i grało w tenisa. Zresztą, szczerze mówiąc, to tenisa obarczam winą za tę kontuzję. Trening biegowy zaczynałem i zaczynam rozgrzewką, stretchingiem, po treningu wychłodzenie i znowu stretching. Tenis miał symboliczną rozgrzewkę i jeszcze bardziej symboliczne rozciąganie. Normalna aktywność była niebolesna, ale każdorazowe lądowanie na prawej nodze powodowało ból w okolicy pachwiny promieniujący czasem do okolicy biodra z tyłu lub nawet do kolana przyśrodkowo.

Jeszcze Kietrz przebiegłem bez leków, ale na nocny wrocławski półmaraton wziąłem Ketonal. Na początku lipca sytuacja stawała się dramatyczna. Kontynuowałem BPS, biegłem na Biegu Opolskim, wszystko na lekach. Urlop we Włoszech uczciwie przebiegałem, ale w większości na prochach. W końcu na przełomie lipca i sierpnia zapadła decyzja o przerwaniu biegania na tydzień, zupełnie, w połowie BPS!!! Szaleństwo.

W niedzielę, po tygodniu, w którym zamiast biegania był rower i basen, przebiegłem 10 kilometrów z Gabrysią i w jej tempie. Było OK. Ale nazajutrz znowu ból. Wpadłem w panikę. Ale już we wtorek mogłem biegać. I tak to się do końca sierpnia toczyło. Cztery treningi w tygodniu. Nazajutrz po treningu ból, który za następny dzień ustępował. Wszystko bez leków. Tygodniowy przebieg powyżej 60 kilometrów dawał nadzieję na przyzwoite przygotowanie do 13. września.

A od początku września ból zniknął całkowicie. Sam z siebie. Ale było już późno i trzeba było myśleć o powolnym ograniczeniu wysiłku. Ostatni tydzień był lajtowy, tylko trzydzieści kilka kilometrów. Nawadnianie, makaron, węglowodany itd. I czytanie dziesiątek dobrych rad, przestróg, opisów etc.

W sobotę po południu pojechaliśmy do Wrocławia do hotelu Gem, skąd w niedzielę miałem sobie podejść w okolice stadionu olimpijskiego.

 

ROZDIAŁ VI- PRZED STRZAŁEM

 

Noc przespałem o dziwo bardzo dobrze, przedtem byliśmy w ristorante Capri na Więziennej, bardzo dobre jedzenie. Rano oczywiście liturgia na temat w czym mam biec, jaki pas na żele itd. Na śniadanie rozmaite dżemy i pieczywo, po prostu, jak w książce. W końcu wylazłem z hotelu i poszedłem do biura zawodów. Oddałem rzeczy do depozytu. Zostałem sam z numerem startowym i czterema tubkami żelu Nutrend na pasku. Ten żel już od wiosny testowałem na długich biegach i tylko smak jagodowy. Minimalna rozgrzewka i ustawiłem się w swojej strefie. Jeszcze zdążyłem się spotkać z Gabrysią i Marcinem. Padł strzał, po kolei strefy czasowe były puszczane. W koncu nasza też ruszyła marszem, potem lekkim truchtem. 10 minut od wystrzału minąłem linię startu i uruchomiłem zegarek. Panowie i Panie, rozpocząłem maraton!

 

Rozdział VII- BIEG

 

Czytając rozmaite wpisy maratończyków przewija się kilka wątków, czyli ściana, taktyka i strategia biegu, serwis podczas biegu, czyli jedzenie i picie. Wszystko ściśle ze sobą związane. Najbardziej przemawiały mi do wyobraźni takie szlagworty, jak ten, że maraton zaczyna się po 30. kilometrze. Przedtem jest zwykły bieg, tylko trochę długi. Ale potem jest zasadnicza próba sił, podczas której niechybnie trzeba zginąć. Moim maksymalnym dystansem dotąd było 32 i pół kilometra. Tyle ogarniałem rozumem. To co potem było niejasne i niepewne. To jak mijanie słupów Herkulesa i wpływanie w nieznany świat. Strategia była prosta: woda na każdym punkcie, czyli co około 2,5 kilometra. Żel od ósmego kilometra, co około osiem, czyli razem cztery razy. Izotoników unikać. Woda z misek na łeb. Tempo na początku 6:20 do 6:30, potem się zobaczy. I tak było. Nie chciałem wyjść poza 5 godzin. Wiedziałem, że 4 i pół godziny jest absolutnie realne. Chociaż wiedziałem też, że robiąc rzeźnię mógłbym złamać 4 godziny. Ale plan był inny.

Każdą sekundę biegu kontrolowałem. Żadnych wygłupów, podskoków, przybijania piątek, rwania tempa. Na półmetku było poniżej 2:15, co dawało złamanie 4,5 godziny...

 

Rozdział VIII- MARATON

 

Zgodnie z szanowymi cytowanymi powyżej, właściwy maraton zacząłem gdzieś chyba w okolicy alei Hallera. Nic nieoczekiwanego się nie wydarzyło. Kilometr po kilometrze mijałem idących już zawodników i czułem się nie gorzej, niż przedtem. Przesunąłem tylko żel na około 28. kilometr, żeby ostatni wciągnąć w okolicy 35. w razie draki. Kilometry uciekały dalej, w dalszym ciągu nie czułem niczego, za co mógłbym obarczyć ew. ścianę. Wyprzedziłem wtedy, analizując międzyczasy, ponad 1000 biegaczy. Minęliśmy Kazimierza Wielkiego, przeskok na Sienkiewicza i begnąc wzdłuż ogrodzenia ogrodu botanicznego wiedziałem już, że bieg dokończę biegnąc, poniżej 4,5 godziny. Gorączkowałem się tylko kiedy rozpocząć finisz. No tak, miałem dość sił na finisz! Około kilometr przed metą przyspieszyłem, w apogeum zbliżałem się do tempa 4:10.

 

Rozdział IX- META

 

Finisz między barierkami. Wzdłuż nich szpalery ludzi, gdzieś tam na pewno też Gabrysia z Marcinem. Emocje ogromne. W ciągu tego krótkiego czasu chciałem trochę pokrzyczeć z radości, ale miałem gardło ściśnięte wzruszeniem. Kotłowały mi się w głowie przeróżne myśli. Przede wszystkim byłem z siebie niezmiernie dumny za pełną kontrolę biegu, za dobre przygotowanie do zawodów pomimo niejakich problemów i za wynik, który biorąc pod uwagę debiut był bardzo dobry.

 

Rozdział X- WNIOSKI

 

  1. Biegnie w głównej mierze głowa. Maraton wymaga chłodnej kalkulacji i precyzyjnej strategii dostosowanej do aktualnego i dostatecznego przygotowania.

  2. Radość z pokonanania tego dystansu jest nieporównywalna z żadnym innym  znanym mi osiągnięciem natury sportowej.

  3. Pomoc i wsparcie bliskich i przyjaciół jest kolejnym ważnym składnikiem przygotowania do maratonu.

Please reload

Featured Posts

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Recent Posts

April 10, 2016

September 15, 2015

Please reload

Archive
Please reload

Search By Tags
Please reload

Follow Us
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square
  • Twitter Clean
  • w-facebook

​© 2015 by Dottori Corrono Opole, created with Wix.com