Z archiwum Waldka 71 z MP 22.06.2015

August 22, 2015

Zapewne organizacja, w ogóle imprez sportowych, a w szczególności masowych, do łatwych nie należy. Trzeba zamknąć ulice, znaleźć wolontariuszy, ustawić scenę, zaprosić kilka nazwisk, przygotować pakiety startowe, jedzenie, picie, gadżety i wiele innych mniej lub bardziej ważnych rzeczy. To oczywiście wymaga wyłożenia określonej ilości pieniędzy, których nie przyniesie wpisowe biegaczy, które to z kolei wcale nie jest aż tak wysokie. Potrzeba sponsorów, którym trzeba dać stoisko, miejsca na banery reklamowe i duuuużo miejsca na koszulce z pakietu startowego.
Wydawać by się mogło, że łatwiej takie przedsięwzięcie zrealizować w mniejszym zakresie. Mniej zawodników, mniej kubków do wody na trasie, mniej pakietów startowych, mniejsze (czy może krótsze zakłócenia w ruchu drogowym).

I po co to wszystko? Żeby 300, czy 500 osób sobie pobiegało? Zresztą większość biegnących zna z widzenia większość twarzy. Zwłaszcza w lokalnych biegach. W ocenach pobiegowych zwykle dominują oceny wskazujące na kameralność imprezy, jej atmosferę, dominującą afiliację, piękne medale, czy bogate zestawy startowe.

I w zasadzie mógłbym się podpisać pod powyższym akapitem. Bardzo lubię tego rodzaju eventy, gdzie podczas biegu ogarniam mniej więcej początek i koniec stawki, gdzie trasa prowadzi często opłotkami, czy wręcz drogami gruntowymi, gdzie atmosfera i nastrój tworzona jest przez biegnących in statu nascendi, przez ich rozmowy, rzężenie, czy tupot sfory podczas zbiegu. Gdzie kibicem jest jakiś przypadkowy Kazik, czy Stefan z butelką piwa. Naprawdę to lubię i nie ma w tym niczego poza tym, że to jest esencja INDYWIDUALNEGO sportu, jakim jest bieganie. Przede wszystkim zmagam się ze sobą, w drugiej kolejności z innym zawodnikiem. Ja sobie dyktuję tempo i taktykę biegu. I to ja decyduję, czy zjem klasyczną kiełbasę po, czy będę miał swoje jedzenie. I nawet jeżeli biegnę w totalnie smutnym i bezemocjonalnym biegu jak w Siechnicach, to podczas biegu mam to samo wzniosłe uczucie jak w kapitalnym Kietrzu, czy swojsko wsiowym Oleśnie.

Ale duża wielotysięczna impreza na pięć, siedem, czy dziewięć, czy kilkadziesiąt tysięcy uczestników ma coś innego. Coś co tylko pozornie jest zaprzeczeniem indywidualnego i bardzo osobistego charakteru tego rodzaju aktywności sportowej. Coś co powoduje, że na starcie gęsia skórka pomimo upału powoduje chwilowy chłód. To przenikliwa, ostra, kojąca i cudowna świadomość, że chociaż jesteś osobną jednostką, to jesteś częścią potężnej machiny, która przed startem drga, kołysze się niespokojnie, a jak już ruszy to zalewa główne ulice miasta, jak budząca grozę powódź, która jakimś cudem omija budynki i pozostawia nietknięte inne elementy architektury. Na czas trzech, czy sześciu godzin każda komórka tego kolosa współpracuje i tworzy strukturę tego pędu. A jednocześnie pozostaje pojedynczym biegaczem, który chce bieg skończyć w ogóle, albo w takim, czy innym czasie. Tak było w ocierającej się o wielki świat Pradze.

P.S.
I tak też było w nocy 20.06.2015 we Wrocławiu.
 

Please reload

Featured Posts

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Recent Posts

April 10, 2016

September 15, 2015

Please reload

Archive
Please reload

Search By Tags
Please reload

Follow Us
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square
  • Twitter Clean
  • w-facebook

​© 2015 by Dottori Corrono Opole, created with Wix.com